Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseik. Pokaż wszystkie posty

Łapię motyw, czyli jak pisać felietony


Zdarza mi się, na zakończenie określonego cyklu nauki, zaprzyjaźnioną młodzież, którą miałam okazję wspomóc w przyswajaniu pewnego języka obcego, obdarowywać specjalnym prezencikiem w postaci małego sejfiku z kluczykiem, który to sejfik z zewnątrz udaje słownik języka angielskiego. Na ogół do środka wkładam jeszcze paczkę tak zwanej mieszanki studenckiej skomponowanej na bazie różnych orzechów – na przyrost oleum w młodej główce. Tak też było w przypadku Starszej Panny Wichrowskiej, kiedy cztery miesiące temu miałam okazję przez kilka dni gościć u siebie jej mamę, Katarzynę Wichrowską. Przekazałam wtedy jej córce, świeżo upieczonej maturzystce, której nie udało się przyjechać do mnie z mamą, taki właśnie sejfik, dodając do niego kilka innych drobnych przedmiotów, które mogą jej się przydać, a których ja powoli zaczynam wyzbywać się – żeby lżej było z tego świata odchodzić. Na marginesie wspomnę, że Starsza Panna Wichrowska odwiedziła mnie cztery miesiące później - czyli parę dni temu - prawie całkiem sama, której to wizycie poświęciłam niedawną notkę, dając jej tytuł [Pokocie, pokotem, z kotem].


*


W podziękowaniu za majowe prezenciki otrzymałam wtedy pocztą esemesową graficzną kompozycję autorstwa Panny Wichrowskiej, w której starała się połączyć w sensowną całość otrzymane ode mnie bardzo różne przedmioty: wspomniany sejfik, kryminał Agathy Christie w oryginale, bardzo ładnie wydany angielskojęzyczny wybór religijno-mądrościowych aforyzmów przeznaczonych dla kobiecej duszy (otrzymałam go kiedyś dawno w prezencie - jako żarcik - od pewnej bardzo a-religijnej osoby), nóż z ażurowym ostrzem z napisem TOMATOES (nasza maturzystka jest fanką potraw z pomidorów) oraz notatnik z rysunkiem mądrej sowy na okładce i towarzyszącym aforyzmem, mówiącym w nauczanym przeze mnie obcym języku, że wiedza pochodzi z uczenia się, a mądrość z życia życiem (z czym się jak najbardziej zgadzam).


Całość kompozycji uwidocznionej na załączonym zdjęciu Panna Wichrowska opatrzyła komentarzem z mrugnięciem oczkiem: Łapię motyw! Dla mnie ten komentarz był rewelacją, szczególnie że osobiście po raz pierwszy spotkałam się z takim sformułowaniem. Nie dopytywałam już maturzystki, czy sama go wymyśliła, czy tak teraz mówi się w młodym pokoleniu, żeby nie przeszkadzać jej w przygotowaniach do egzaminu na pewną uczelnię artystyczną, polegającym na konieczności opracowania kilku artystycznych prezentacji. Chciałam żeby pracowała w spokoju, a dla mnie i tak najważniejsze jest to, że dzięki tym dwóm słowom ("mądrej głowie dość dwie słowie" - jak mawiano w pokoleniach sporo starszych) ja również coś złapałam. Po prostu – już wiem, jak pisać felietony!


W młodości w polskiej prasie literackiej pasjami czytywałam felietony Hamiltona oraz Arta Buchwalda [Kobieta zdradziecka, mon amour], a ponieważ teraz prawie niczego nie czytam, więc już nie szukam współczesnych odpowiedników powyższych autorów. Lubię natomiast czasami posłuchać niektórych (angielskojęzycznych) stand-uperów, których występy bywają świetnymi mówionymi felietonami. Podziwiam i doceniam inwencję felietonistów, którzy z wielką swadą i humorem piszą/mówią tak naprawdę – o niczym. Mój podziw dla osób, które tak potrafią wyraziłam już dość dawno temu, w notce [O niczym], którą polecam, ponieważ od komentujących dowiedziałam się wtedy, że notka wcale nie była o niczym, co było dla mnie sporym zaskoczeniem.


*


Przystępując do obecnego tekstu wiedziałam, że chcę o czymś napisać, ponieważ ostatnio traktuję pisanie głównie jako gimnastykę umysłową, którą należy uprawiać w miarę regularnie, ale nie wiedziałam, o czym pisać. Sądzę, że przed podobnym dylematem bardzo często stają felietoniści zawodowi, którzy na przykład co tydzień muszą dostarczyć do redakcji tekst. Ja pomysłów na obecny tekst miałam kilka, ale żaden z nich - tutaj podaję ujęte hasłowo - nie wystarczał na osobną notkę: 1. Stanislav 2. Monitor z pivotem 3. My way. I wtedy w sukurs, czyli na pomoc, przyszło mi to genialne: wspólny motyw! Dodałam więc do listy punkt 4. Łap motyw, i proszę, oto co wyszło z łapania motywu: cały felieton, który sam się napisał.


A co z innymi punktami z listy? Owszem, mam nowy zewnętrzny 24-calowy monitor (z pivotem!) do komputera, ale jeszcze nie nauczyłam się nawigowania jego funkcjami, więc klepię ten felieton na starym 15-calowym monitorze w laptopie (ok, już się nauczyłam i wykańczam ten felieton na dużym monitorze!). Owszem, mogłabym w tym felietonie spróbować złapać motyw ze Stanislavem, ale po co, skoro już tyle mi się napisało, a Stanislava mogę zachować na całkiem inną okazję, jeśli nie zapomnę, o co mi chodziło (ok, zapomniałam!). Jednak pozostał jeszcze - punkt 3. My way. Tego motywu na pewno nie zapomniałam, a wręcz przeciwnie. Ponieważ rozrósł się on do rozmiarów osobnego felietonu, zachowam go na zaś. Tak więc wszystko jest już jasne: tak właśnie należy pisać felietony!



15.09.2021



.

Raz, dwa, trzy. Zaczynam świąteczne porządki (1/4)


Moje rekolekcje. Równe 3 tygodnie przed Wigilią. Przed nami - Boże Narodzenie. Wypłynęłam i już płynę. Jeszcze nie wiem dokąd i jak - dopłynę. Ale w duszy już mi gra. Złapałam Wiatr w żagle. Start:


Alison Moyet - w tym wideo klipie - wybrała "najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona" (Łk 10, 42). Jako i my - w Adwentowym zabieganiu - czyńmy:


 

 


NASTĘPNY ODCINEK ROZWAŻAŃ:


.

Prognoza pogody


Wrzesień. Znowu. Oczekując tego odejścia, nie myślałam, że nastąpi również we wrześniu. W ogóle nie myślałam, kiedy. Miałam nadzieję, że być może postępujące przerzuty nowotworu cofną się. Cuda zdarzają się. Trzeba mieć nadzieję. Do końca.

*


Moi najbliżsi odchodzą we wrześniu. Tata, Mama. Teraz moja siostrzenica cioteczna, córka mojej najstarszej kuzynki. Z liniii mojej Mamy. Najbliższa mi osoba z rodziny. W moich własnych planach pogrzebowych miała mnie ubierać do trumny po mojej śmierci. Deklarowała, że ustroi mnie pięknie.

Wczoraj przyszła wiadomość, że odeszła, że zmarła. Po ponad rocznym zmaganiu z rakiem. Była przygotowana na trudną walkę, bo pamiętała, jak umierał Jej ojciec. Była przygotowana pod wieloma względami. Była przygotowana na spotkanie z Bogiem, twarzą w twarz. Od bardzo dawna. Spokój, a właściwie pokój. To czuję, kiedy myślę o Niej. Umarł dobry człowiek. Bardzo dobry człowiek. Bardzo dzielny człowiek, żona, matka. Pax.

Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc, i w śmierci należymy do Pana. Po to bowiem Chrystus umarł i powrócił do życia, by zapanować tak nad umarłymi, jak nad żywymi. (Rz 14, 7-9)

Tekst powyższy to drugie czytanie mszalne przeznaczone na dzisiejszą niedzielę. Ponad dwadzieścia lat temu bardzo silnie towarzyszyło mi po śmierci Mamy. Myśl w nim zawartą umieściłam w nekrologu Mamy. We wrześniu.

Wrzesień. Miesiąc krzyżowy [Mój Krzyż]. Jutro, jak co roku, obchodzić będziemy święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Od śmierci Rodziców jest to dzień mojej szczególnej pamięci o Ich odejściu, i o tym, co mnie również czeka [Trzy, dwa, jeden, zero]. Nie sądziłam jednak, że w tej drodze wyprzedzi mnie A., która miała mnie tak pięknie do trumny ubrać. Jak obiecywała [Pokój nam wszystkim].


13 września 2020


DODATKOWO: [Mam 1000 lat], czyli - o innych miarach czasu w moim życiu


.

Z tyłu liceum, z przodu muzeum


Pewien pan narodowości - i z przodu, i z tyłu - angielskiej jechał pociągiem, którym ja - nie jechałam! I robił sobie kanapki, co przyznaję, mnie również czasami zdarzało się w pociągach. Pan najpierw wyjął spory tak zwany lunch-box wypełniony kromkami białego chleba, bladymi plastrami pieczeni z indyka, jaskrawymi plastrami żółtego sera, krążkami czerwonego pomidora oraz listkami zielonego sałatkowego szpinaku. Przy pomocy małego smarownika smarował chleb orzechowym masłem, dalej kromkę okładał kolejnymi składnikami, na szczycie kładąc listek szpinaku, następnie obsypywał całość solą, przykrywał ją od góry drugą kromką chleba, ujmował gotową kanapkę w dłoń, przyglądał się z uznaniem swojemu dziełu, otwierał okno, i wyrzucał przez nie kanapkę. Opisane czynności powtórzył kilka razy, za każdym wyrzucając przygotowaną kanapkę przez okno. Obserwująca tę scenę obca kobieta podróżująca w tym samym przedziale, nie wytrzymała: - Dlaczego pan to robi? Dlaczego pan nie je tych kanapek? - spytała. - Aaa, bo wie pani, ja bardzo nie lubię kanapek ze szpinakiem!

*

Jestem strasznie leniwa, o czym już nie raz tutaj pisałam, i o czym w mojej wczesnej młodości nie raz przekonała się moja rodzicielka, nie mogąc doczekać się ode mnie pomocy w pracach domowych. Wiedziała jednak, że jeśli już przemogę się, pracę wykonam perfekcyjnie, chociaż ja sama nie nazwałabym siebie perfekcjonistką. Osobiście określiłabym to rodzajem pedanterii, może nawet z pewnymi cechami nerwicy natręctw, którą chyba odziedziczyłam po moim rodzicielu, ślady którego pedanterii, nawet teraz, więcej niż pół wieku po jego śmierci nadal znajduję w naszym rodzinnym mieszkaniu, w niektórych drobnych praktycznych rozwiązaniach technicznych, które osobiście wprowadzał po bardzo długim okresie namysłu nad nimi.

Teraz powinnam wyjaśnić, o co chodzi z tytułowym liceum oraz muzeum. Otóż: liceum mam już od dawna z tyłu, za sobą [Stalowe magnolie]. Z przodu natomiast, przede mną, jest muzeum, w którym od pewnego czasu znajduje się coraz więcej przekazywanych przeze mnie pamiątek organizacyjnych oraz rodzinnych, a do których pewnie z czasem zaczną również dołączać moje pamiątki bardziej osobiste.

Zaczęło się od dokumentacji pewnych publicznych przedsięwzięć, w których w przeszłości brałam aktywny udział, a niektórym w ten czy inny sposób szefowałam. Przy tej okazji dowiedziałam się, że muzeum to byłoby zainteresowane przejęciem także moich pamiątek rodzinnych, a przekazane dokumenty, zdjęcia i listy związane z życiem każdego z moich Rodziców, w tej formie, w jakiej przez lata były gromadzone, okazały się mieć rewelacyjną wartość archiwalną. Powiedziano mi, że szczególnie cenne są wszelkie pamiątki imienne, spersonalizowane.

Idąc za ciosem, dwie pamiątki po bohaterze opowiastki zatytułowanej [Czesiek] przekazałam rok temu do odpowiedniego muzeum w Warszawie, zajmującego się upamiętnieniem zbrodni katyńskiej, a teraz zaczynam porządkować pamiątki po sobie, które wtedy, kiedy nie będą już mi potrzebne, ktoś być może przekaże do muzeum w moim mieście, jako uzupełnienie zbiorów dotyczących Rodziców. I otóż: wczoraj lub przedwczoraj [Ale kanał!] oświeciło mnie, że wszystko, co od lat na blogu ze swego życia spisuję, być może kiedyś również będzie miało podobną wartość archiwalną. Może – sama nie wiedząc o tym – dlatego kiedyś tutaj pisać zaczęłam?

*

A co ma do tego Anglik nie lubiący kanapek ze szpinakiem, o którym wspomniałam na początku notki? A no to, że go rozumiem. Jeśli ktoś kiedyś to całe moje starannie archiwizowane pisanie wyrzuci w niebyt, nie będzie mi żal, bo będę wiedziała, że wyrzucone zostaną najlepsze kanapki na świecie, na jakich pedantyczne przygotowanie było mnie stać. A na razie nadal je pichcę, jeśli tylko przyjdzie na mnie kulinarne natchnienie, by do swojego internetowego pamiętnika znowu coś wpisać o czasie, który już poza mną. Bo czas przede mną jest coraz krótszy.


2020 rok


.

Wciągała pani kokainę?


Sympatyczny bystry trzynastolatek, którego babci jestem koleżanką, nie miał – jak widać – ograniczonego stereotypami obrazu starszych pań. Po prostu: zamyślił się, pomyślał i spytał mnie. Na pewno intuicyjne wyczucie złożoności życia miał głębsze niż jego starsi koledzy w klubie ciężko metalowym, których opisałam w notce wcześniejszej [Taniec i różaniec, czyli twardy metal do zgryzienia].

*

Miałam pewien problem z odpowiedzią na powyższe pytanie: postawić na szczerość czy na wychowanie w trzeźwości, co wcale nie oznaczało, że ja tę kokainę wciągałam. Znam jednak osobę, która w życiu wciągnęła wszystko, co jakieś trzydzieści lat temu na rynkach światowych było do wciągnięcia, poza czymś jednym, co to już nie pamiętam. Rzecz w tym, że na próbę wciągnęła, połknęła czy zapaliła wszystko, co miała pod ręką, podane jak na dłoni, a było tego bardzo dużo, i nie kontynuowała dalej tego eksperymentu, czyli nie uzależniła się od niczego, natomiast barwnie opisała mi doznania towarzyszące wciąganiu, połykaniu czy paleniu. Więc ja już naprawdę nie musiałam niczego wciągać, szczególnie że nie lubię tracić kontaktu z szeroko i głęboko pojętą rzeczywistością, który mam bardzo dobry bez narkotykowego wspomagania.


Odpowiadając mojemu młodocianemu rozmówcy na tytułowe pytanie, wybrałam wariant umoralniający, ponieważ opisany wyżej przypadek należy raczej do rzadkości, więc nie chciałam ryzykować bezpieczeństwa młodego człowieka za cenę podzielenia się z nim ciekawostką obyczajową z pogranicza anegdoty, co uczyniłam w akapicie powyżej, głównie dla frajdy bawienia się samym opowiadaniem. Wersja umoralniająca polegała na opisaniu mojej fascynacji psychodelią w czasach fascynacji rewolucją hippisowską. Opowiedziałam więc młodemu człowiekowi o kulturowym tle wydarzenia, kiedy już nie teoretycznie, ale praktycznie ktoś wyciągnął do mnie rękę z nie lada jakim narkotykiem. I nie chodzi o to, co ja miałabym z tą kradzioną morfiną robić, ale o moją reakcję, zanim jeszcze powiedział co to jest: - NIE! - Sama byłam wtedy zdziwiona, że moja odpowiedź była tak natychmiastowa i zdecydowana, jak szybki krótki strzał, który od razu wysyła agresora do kostnicy.

*

Wspomniani hippisi - obok substancji do wciągania, palenia i połykania - to oczywiście długie włosy, których nie miałam od czasu zachorowania na ospę wietrzną w czasach jeszcze przed-hippisowskich, ale których ani hippisom, ani hippiskom na tyle nie zazdrościłam, żeby starać się zapuścić je na nowo. Brak długich włosów odczułam dopiero nieco później, kiedy uległam fascynacji Axelem Rose z Guns N'Roses, i to nie fascynacji muzycznej, ale wybitnie trychologicznej (trikhos to z greckiego włos).


Muzyka Axela była dla mnie za mocna, za chropawa, ale uwielbiałam jego rozpuszczone długie włosy powiewające na scenie, szczególnie w jednym kawałku, którego tytułu niestety nie pamiętam, kiedy wolno i miarowo kołysał całym ciałem, a więc i rozpuszczonymi włosami, to w prawą, to w lewą stronę, zamiatając powietrze owłosieniem głowy. Była to fascynacja tak silna, że sama nie mogąc wykonać takiego manewru z włosami, zwykłam była od czasu do czasu błagać znajomego, z postury i fryzury podobnego do wspomnianego muzyka: - Proszę, zrób Axela!


Obecnie mój dawny znajomy, podobnie jak obecny Axl, ma o wiele mniej włosów do machania, więc pozostał mi jedynie youtube, który jednak na hasło „axl rose hair” wyświetla utwór „Hair of the Dog”, bardziej wrzaskliwy niż rytmiczny, w którym włosy Axela zachowują się podobnie - rzucają się we wszystkie strony, a nie kołyszą rytmicznie na boki. Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak dzisiejszą notkę zilustrować czymkolwiek, bo tamtych pięknych rytmicznych włosów nigdzie nie znalazłam, i pewnie już nie znajdę. Wybieram więc utwór o nostalgicznie brzmiącym tytule „Yesterdays”, w którym Axl kiedyś wyśpiewywał, a właściwie wykrzykiwał, że minione dni nie mają dla niego żadnego znaczenia. No cóż, młody i owłosiony był wtedy, więc nie wiedział, o czym mówił.



 



.

Taniec i różaniec, czyli twardy metal do zgryzienia


Czasami idziemy razem do kościoła, a czasami całkiem gdzieś indziej. My, to znaczy jeden z moich młodych znajomych oraz ja. Młodym nazywam każdego, kto wiekowo mógłby być moim dzieckiem, wnukiem lub prawnukiem. Albo prawnuczką lub wnuczką. Ha mógłby być moim synem [Lunch wigilijny].


BYWAMY

W kościele położonym jakieś sto pięćdziesiąt metrów od mojego domu byliśmy sporo razy razem, ale w żadnym z klubów i pubów, które leżą jeszcze bliżej mojego domu, a w których i obok których żłopie się piwo i nie tylko, albo zażywa co gorsze, oraz słucha bardzo głośnej muzyki, razem jeszcze nie byliśmy. Co prawda Ha nie raz zapraszał mnie na swoje kameralne występy muzyczne w różnych gastronomiczno-artystycznych miejscach, w których razem ze swoim zespołem gra i śpiewa swoją własną stosunkowo spokojną muzykę, ale nie przypominam sobie, żeby były to miejsca, w których się cokolwiek żłopie.

Zdziwiłam się więc, kiedy pewnego razu niespodziewanie zaproponował szybkie spotkanie w nieco szerszym gronie wspólnych znajomych właśnie w jednym z tych bardzo głośnych miejsc w sąsiedztwie mojego domu, tłumacząc, że to dlatego, żebym nie musiała daleko chodzić. Był środek tygodnia, było wczesne popołudnie, więc zakładałam, że będzie tam piwo, ale nie będzie jeszcze łoskotu. A więc spoko.


BŁĄDZIMY

Niestety, wychodząc z domu zapomniałam zabrać komórkę, a jak wkrótce miało się okazać, zapomniałam również, w którym dokładnie lokalu mamy się spotkać. Nie chciałam wracać na swoje wysokie pierwsze piętro po telefon, zakładając, że co jak co, ale dość szybko namierzę towarzystwo w którymś z pobliskich miejsc, pustych o tej porze, a przy okazji rozejrzę się od środka w przybytkach życia towarzyskiego, które mieszkańcom sąsiednich domów od lat nie dają spać w około-weekendowe noce, i z którymi walczymy wysyłając skargi do różnych organów.

Błądząc tak od lokalu do lokalu, weszłam wreszcie do tego najgłośniejszego, na który skarżymy się najbardziej. Weszłam w prawie całkowitą ciemność: czarne ściany, czarny kontuar bufetu, ciemne krzesła, ciemne stoliki. Niewielkie światełko oświetlało grupkę młodych ludzi rozmawiających przy jednym z nich. Nie zwracając uwagi na obecnych, zaczęłam intensywnie wpatrywać się w czarną czeluść lokalu w poszukiwaniu Ha. Rozmawiający jednak zamilkli, wyraźnie zadziwieni moim image, który mógł wskazywać, że właśnie szukam drogi na spotkanie kółka różańcowego w pobliskim kościele. - Szukam znajomych – wyjaśniłam. - Tutaj pani ich na pewno nie znajdzie! - z rozbawieniem wybuchnęli ironicznym, ale nie wrogim, śmiechem. Jakże bardzo byli w błędzie! Znałam i znam kilku młodych ludzi, którzy dobrze znali lub znają to miejsce. Od środka.


BIESIADUJEMY

Wtedy nie udało mi się namierzyć poszukiwanego towarzystwa, ponieważ oni z jakiegoś powodu musieli również błąkać się po paru lokalach, więc jakoś mijaliśmy się, jednak niedługo potem spotkałam się z Ha w innym towarzystwie - na jego kameralnym ślubnym poczęstunku. Z rodzinnego kręgu Ha, poza rodzicami, których znam od lat, zaproszony był jeszcze bliski krewny z rodziną, których to ludzi poznałam dopiero przy ślubnej okazji, i z którymi przy wspólnym biesiadnym stole miałam przyjemność siedzieć vis a vis.

Rozmawialiśmy ogólnie o tym i owym, po czym wdałam się w dłuższą pogawędkę z synem tych państwa, młodym człowiekiem w wieku studenckim, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Sympatyczny i przystojny, rozmowny i uśmiechnięty, kulturalny blondyn o jasnym spojrzeniu, z którym współgrała modna koszula w jasną niebieską krateczkę, opowiadał mi o nauce na bardzo technologicznie nowatorskim kierunku studiów politechnicznych.

Od słowa do słowa, rozmowa zeszła na tematy topograficzne, czyli na temat różnych części miasta, w których mieszkamy, a ja mówiąc o swoim miejscu zamieszkania nawiązałam do niedawnego poszukiwania Ha w głośnym i uciążliwym sąsiedztwie, wspominając oczywiście o czarnej norze, w której skwitowano mnie ironicznym śmiechem. Wspomniałam też o naszej sąsiedzkiej walce o ciszę i spokój, o pismach, o wizjach lokalnych w wykonaniu policyjnego dzielnicowego, który rozmawiając ze mną bardzo starał się przekonać mnie, że ten muzyczny łoskot może równie dobrze dochodzić z całkiem innego lokalu, chociaż wiedziałam, że takiego ciężkiego metalu nigdzie więcej w sąsiedztwie nie grają.

Mój uroczy rozmówca student, który wizerunkowo pasowałby do niejednej sympatycznej i pogodnej młodzieżowej grupy modlitewnej, sympatycznie uśmiechał się słuchając moich skarg, po czym z tym samym uśmiechem łagodnie powiedział: - Ja w tym klubie gram na basie. - I dodał, że raczej niczego skargami nie wskóramy, bo ktoś ważny z naszego miasta też tam gra. Padłam.


BIADOLIMY

Moja pierwsza refleksja: jak bardzo pozory mogą mylić. I myślę, że następnym razem, jeśli jeszcze kiedyś trafię do tej ciemnej nory, wyjaśnię, że mam znajomych, którzy tę norę znają, a nawet że jeden z nich gra tutaj na basie, i że osobiście nie zdziwiłabym się zobaczywszy tę osobę także na spotkaniu jakiegoś kółka różańcowego. I jeszcze powiem, że jestem i do tańca, i do różańca. Tak właśnie powiem.

Refleksja druga dotyczyłaby muzyki metalowej jako takiej. Nie znam jej za dobrze, a właściwie w ogóle, może poza tym, że wiem o istnieniu chrześcijańskiego metalu, o 2Tm2,3, o Malejonku, Tomku Budzyńskim, Litzy, których zresztą Jot, mój jeszcze inny znajomy opisany w wymienionej na wstępie notce o wigilijnym lunchu, zna osobiście. Wiem też o tym, że szwedzki Sabaton fajnie gra o naszej polskiej historii, no i że ostatnio bardzo spodobała mi się przypadkowo namierzona na youtube, kiedy szukałam ciekawych wykonań arii operetkowych, Floor Jansen - wszechstronnie muzycznie wykształcona holenderska żona perkusisty z Sabatonu, członkini kilku skandynawskich grup metalowych - przebojowo wykonująca wyszukaną przeze mnie arię z „Wesołej wdówki”, którą zamieściłam w poprzedniej około-muzycznej notce [Austriackie pisanie, austriackie śpiewanie].

Jednak: te sabaty, te taroty, te black/trash/death metale. Te gesty z palcami dłoni ułożonymi w rogi diabła. Te oskarżenia metalowców o propagowanie satanizmu. Dla mnie za twardy jest ten metal do zgryzienia. I do słuchania chyba też, chociaż przyznaję, że jestem pod wrażeniem skali głosu i aktorskiego talentu owej Floor Jansen, profesjonalnie - jak się zorientowałam - robiącej głównie w metalu symfonicznym.


Czyż to metaliczno-dynamiczne wykonanie duetu z „Upiora w operze”, zresztą w parze ze staruszkiem, który mógłby być jej ojcem, nie jest tak cudowne, że aż ciarki idą po plecach? Floor Jansen & Henk Poort - Phantom Of The Opera:




A tutaj coś na uspokojenie, czy wręcz na ukojenie i ukołysanie, a czego nie do końca rozumiem w tych mrocznych metalowych klimatach. Floor Jansen & Marko Hietala - Schubert/Ave Maria:


 


.

Przepraszam, przy okazji


Jedynym poważnym zaniedbaniem z mojej strony, którego przy końcu życia żałuję, jest zaniedbanie nauki języków obcych, do których chyba od zawsze miałam talent, którego jednak nie pielęgnowałam ze względu na lenistwo, jak mi się wydaje również wrodzone. Zawsze wolałam o czymś sobie pomyśleć, gdzieś się powałęsać, popatrzeć na świat, porozmawiać z człowiekiem, a potem również z Bogiem, bardziej niż przykładać się do systematycznej nauki czegokolwiek [Taki charakter].

Jeśli udało mi się nauczyć jakiegoś języka obcego, to głównie dlatego, że byłam nim w ten czy inny sposób otoczona, więc wchodził mi do głowy samoczynnie. Ile weszło, tyle zostało, chociaż mogłam postarać się, żeby dzięki mojemu własnemu wysiłkowi wchodziło więcej. Jednak nie dramatyzuję, bo jestem przekonana, że znajomość języków obcych nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna, szczególnie że w niebie będziemy porozumiewać się bezpośrednio myślami, a myślenie - jak już wspomniałam - trenuję intensywnie od zawsze. Więc jeśli nawet pod koniec ziemskiego życia z takiego czy innego powodu postradam rozum, do nieba przejdę z wcześniej dość dobrze rozwiniętą właśnie tą władzą duszy, rozwiniętą bardziej niż moja wola, na przykład. Tak to widzę.

Zdarzało mi się jednak w życiu mówić nawet kilkoma obcymi - w tym również bardzo egzotycznymi - językami. Bywało tak na przykład na prywatkach u mojej dobrej koleżanki z tej samej kamienicy [Baby boom]. Byłam wtedy w szkole podstawowej, w której jedynym nauczanym językiem obcym był język rosyjski. Jednak na wspomnianych imprezach dość regularnie - na prośbę obecnych - dawałam popisy w językach zachodnich, głównie francuskim, niemieckim i angielskim, ale też włoskim oraz chińskim lub japońskim, ku ogólnej radości towarzystwa. Jednak kiedy zostałam przez rodziców posłana na kurs prawdziwego niemieckiego, a potem takiego samego angielskiego, mój talent do imitowania języków zniknął. Na zanik tej umiejętności mógł mieć wpływ wiek. Mózg dwunastolatka - jak mnie później uczono - zaczyna tracić naturalną zdolność spontanicznego wyczuwania i przyswajania języka jako takiego. Potem trzeba już języki coraz bardziej wkuwać, mówiąc w uproszczeniu. A więc mieć trzeba ołów w miejscu, w którym plecy spotykają się z siedziskiem krzesła, jak mawiał jeden z moich szkolnych matematyków.

*

Na wspomnianych prywatkach obok moich popisów lingwistycznych była oczywiście muzyka i taniec. Były to lata 1960-te przeżywane za żelazną kurtyną komunizmu, więc dostęp do muzyki zgniłego zachodu nie był szeroki. Tańczyło się zapewne do jakichś piosenek polskich i do niektórych zagranicznych zapewne. Nie pamiętam jednak zbyt wiele, ponieważ nie ma co ukrywać, że do języków miałam talent większy niż do tańców. Przy okazji wyjaśnienie dla wszystkich, którzy znajomość obcej mowy traktują jak fetysz, podczas gdy jest to jedynie pewna sprawność, bardziej zależna od specyficznych predyspozycji niż od ogólnych zdolności intelektualnych, podobnie jak na przykład taniec. Po prostu: ma się to ucho, albo nie. Ma się ten dryg, albo nie. I tyle. Jeden tańczy sam z siebie, inny na raz-dwa-trzy. Podobnie jest z językami obcymi.

Wypada teraz wyjaśnić, skąd w tytule notki wzięły się przeprosiny. Otóż mój talent do języków rozciąga się również na język ojczysty, w tym na jego wersję zbrutalizowaną, którą w pewnych sytuacjach potrafię posługiwać się w stopniu więcej niż dobrym, głównie dzięki wytrwałemu treningowi podczas internetowych wymian ciosów werbalnych, które zresztą traktowałam przez długi czas jako rodzaj sportu stylistycznego, ale których mam już serdecznie dosyć, gdyż jak by nie patrzeć łączą się one z udziałem w całkiem niepotrzebnej i wyniszczającej agresji. A więc przepraszam wszystkich, którzy z powodu moich agresywnych komentarzy kiedykolwiek poczuli się w jakikolwiek sposób zranieni, urażeni lub zniesmaczeni. Mea culpa.

Odnośnie wspomnianych prywatek, a jeszcze wcześniej zabaw szkolnych czy kolonijnych, po głowie chodzą mi niektóre motywy muzyczne z tamtych czasów, uzupełnione kilkoma wspomnieniami koleżanki od prywatek, do której przed chwilą zadzwoniłam po pomoc: Seemann/Sailor, Diana, You Are My Destiny, Miłość w Portfofino, Hello Mary Lou, Kiss Me Quick, Return to Sender, The Locomotion, Silence Is Golden, a potem: Green Grass of Home, Delilah. A więc: Paul Anka, Ricky Nelson, Elvis Presley, Tom Jones. Na prywatkach tańczyło się tak zwanego warszawskiego (jive), tańczyło się twista oraz rock and rolla, ale najczęściej kiwało się w pojedynkę w rytm muzyki, również polskiej, na przykład zespołu Niebiesko – Czarni.

*

Na prywatkach była też - Helen Shapiro, o której w poprzedniej notce zapomniałam wspomnieć [Rozbrykane Brytyjki]. Być może zapomniałam dlatego, że gwiazda Shapiro dość wcześnie zbladła na estradowym nieboskłonie, chociaż nadal śpiewała, tyle że bardziej kameralnie i jazzująco. Żydówka, wychowana w ortodoksyjnym judaizmie, Shapiro w roku 1987 spotkała Jezusa i przyłączyła się do ruchu judaizmu mesjanistycznego. W swoim świadectwie nawrócenia [tutaj z polskim lektorem] Shapiro nawiązuje również do swojej kariery, w tym do największego przeboju z roku 1961 (miała wtedy czternaście lat) pod tytułem bardzo odpowiednim do okazji: Walking Back To Happiness, który poniżej zamieszczam jako dodatek do moich przeprosin, a który to utwór również bywał grany na dawnych zabawach i prywatkach. A więc: śpiewajmy, tańczmy i kochajmy się!


Helen Shapiro & Walking Back To Happiness (1961):



I jeszcze nagranie unikatowe: Helen Shapiro + The Beatles, z 1963 roku. W roku tym Beatlesi jako jeden z wielu wykonawców odbyli trasę koncertową, której główną gwiazdą była Helen Shapiro. Program koncertów otwierała Shapiro, młodociana bohaterka sceny muzycznej w latach 1961-1962, natomiast nazwa liverpoolskiego zespołu została umieszczona dopiero na czwartej pozycji. Rok ten był przełomowy dla obu wykonawców: sława zespołu zaczęła gwałtownie rosnąć, sława Shapiro zaczęła równie gwałtownie gasnąć. Szesnastoletnia Shapiro nie była już młodocianą sensacją, natomiast pomimo jej niepodważalnego muzycznego talentu, przemysł muzyczny nie znalazł dla niej nowego odpowiedniego do wieku wizerunku, i tak zniknęła z wielkiej muzycznej sceny.


Helen Shapiro & The Beatles (1963):



20.07.2020


.

Dziwolągi


Czytam, że pisanie było dla niej poszukiwaniem Boga. Być może czytając w bardzo dawnej młodości jej opowieści o dziwacznych ludziach, dziwnych miejscach i takich samych zdarzeniach, ja również - po nastoletnim buncie przeciwko religii – idąc jej tropem nieświadomie współuczestniczyłam w tym poszukiwaniu.

Przeczytawszy prawie wszystko najważniejsze, co napisała w zakresie prozy, a szczęśliwie nie było tego za dużo, jako że nie należę do osób dużo czytających, zapisałam kiedyś myśl, która ułożyła się w kształt jakby wiersza, którego jednak chyba nie zachowałam po tym, kiedy dawno temu zaprzyjaźniona oczytana polonistka z doktoratem, której go przeczytałam, przeszła nad nim w sposób obojętny do porządku dziennego. Zapamiętałam sobie jedynie jego ostatnią linijkę kierowaną do adresatki tego niby wiersza: Serce. O nim mi przypomniałaś. - O czym przypomniała mi moja wczorajsza notka [Pociąg do południa]. > Aktualizacja:! Wspomniany wiersz, a nawet dwa, odnalazły się cudem, jakiś rok czy dwa po napisaniu obecnej notki: [Do pewnej pisarki, napisalo mi się].

*

Swego czasu pewnie dlatego wczytałam się tak głęboko w twórczość Carson McCullers, że sama będąc dziwolągiem z polskiej północy znajdowałam w jej opowieściach z amerykańskiego południa atmosferę, z którą współbrzmiałam, i która zmniejszała poczucie ogromu mojej własnej wewnętrznej samotności. W książkach McCullers znalazłam w tamtym czasie przyjaciela.

Tytuł czołowej powieści tej autorki mówi prawie wszystko: The Heart is a Lonely Hunter / Serce to samotny myśliwy. I jeszcze dłuższa nowela zatytułowana The Ballad of the Sad Café / Ballada o smutnej knajpie. Oraz krótsze opowiadanie A Tree, a Rock, a Cloud. To były najważniejsze tytuły. Potem – jak zawsze – tropem utworów doszłam do osoby twórcy i odkryłam, że Carson McCullers nie tylko o dziwolągach pisała, ale że sama była jednym z nich.

Zaplątana w dwukrotne małżeństwo z tym samym mężczyzną o homoseksualnych zainteresowaniach, zaplątana w swoje własne fascynacje kobietami, w alkoholizm, w choroby, w życie nowojorskiej cyganerii, wśród której pisała o dalekim rodzinnym Południu, w przedwczesną śmierć. Nie wiem czy / jak / kiedy odnalazła Boga, którego szukała tworząc, wiem jednak, że kiedy ja Boga znalazłam, Carson stała się jedną z osób, o której w modlitwie przed Bogiem pamiętam [Czy pamiętasz w modlitwie o Mieszku Pierwszym?].



Carson McCullers Talks About Love (sztuka) – tutaj ciekawie o monodramie poświęconym Carson, a napisanym i zagranym przez Suzanne Vega (2011):




Lover, Beloved: Songs from an Evening with Carson McCullers (album) – tutaj ciekawy utwór We of Me z albumu będącego muzycznym pokłosiem spektaklu Suzanne Vega (2016):




The Ballad of the Sad Café (nowela) – tutaj refleksyjny fragment utworu Carson McCullers czytany przez Dana Stevensa:


 


19.05.2020


.

Postny post 1/5. Nie wierz mi, nie ufaj mi


Uprzedzałam. Pana Boga uprzedzałam. Żeby mi nie ufał. Wtedy, kilkanaście lat temu, po kolejnym nawróceniu, sama nie wiedziałam, dlaczego tak Mu śpiewam, lecz śpiewałam. Z głębi duszy, z przekonaniem:


Nie wierz mi, nie ufaj mi
Bo z rąk Ci się wywinę
Nie jest tak, że w kilka dni
Zdobywa się dziewczynę
Nie, nie jest tak


Dziewczyną wiekowo wtedy na pewno już nie byłam, ale duchowo – jak najbardziej. Nie tylko ponownie nawrócona, ale też dogłębnie uzdrowiona, jak nowo narodzona, śpiewałam, bo często modlę się śpiewem, i to nie tylko świętym śpiewem, o czym będę teraz pisać. Śpiewałam i tańczyłam – i dosłownie, i duchowo. Fruwałam ze szczęścia - zarówno doczesnego, jak i wiecznego.

A potem temperatura tamtego nawrócenia powoli opadała, Pan Bóg znikał z kolejnych obszarów mojego życia, pozostawała jedynie pamięć wiedzy o tym, że On jest. Pozostawała jedynie nadzieja, że On wróci, że da się odnaleźć, a właściwie, że to On mnie znowu odnajdzie, bo zawsze tak było.

W próżni Jego nieobecności budziły się demony mojej – próżności. Oraz innych słabości, o których teraz będę pisać w rytm popularnych piosenek, którymi zakochana w Bogu modliłam się. Dawny przebój Anny Jantar powiedział mi o tym, czego kilkanaście lat temu nie potrafiłam ani dostrzec, ani nazwać, a co jednak – przeczuwałam.

Od dawna za jedną ze swoich głównych zalet uznawałam – lojalność. Teraz jednak wiem, że moja lojalność, to jeszcze nie wierność. Za bardzo lubię skoki na boki: zbyt łatwo poddaję się dobrej zabawie, zbyt łatwo idę za dobrym żartem, zbyt łatwo wpadam w powierzchowny flirt z rzeczywistością.

Dobrowolny wybór drogi trudniejszej, dobrowolny wybór krzyża, to nie ja. Jestem – zawsze byłam – jak Cyrenejczyk przymuszony do dźwigania krzyża Jezusa. Nie pierwszy raz w życiu widzę taką siebie jak na dłoni. I nie pierwszy raz przyznaję się do takiej właśnie mojej zabawowej natury, do takiej właśnie słabości, tym razem robiąc to w rytm dawnego przeboju.


Nie wierz mi, nie ufaj mi - Anna Jantar:


Tekst: Andrzej Bianusz
Muzyka: Antoni Kopff


09.03.2020


Tutaj: cały obecny cykl notek [Postny post (1-5)]


.

Postny post 2/5. Leżę sobie, na dowolnie wybranym boku


Mogłabym świat zawojować. Gdybym tylko chciała. Ale nigdy nie chciałam. Może jedynie czasami w fantazjach napędzanych pustą próżnością, na zasadzie co by było, gdyby było: scena, publika, uznanie. Wychodziłam z tego swojego wewnętrznego teatrum albo ze śmiechem – ze swojej własnej groteskowości, albo z niesmakiem – z powodu niepotrzebnego odrywania się od rzeczywistości, w której dzieje się moje rzeczywiste życie. I regularnie spowiadałam się z tych - oraz innych - skoków na boki.

*

Moi nauczyciele w sposób dość widoczny byli zdziwieni, kiedy po zakończeniu studiów wróciłam do mojego miasta, do mojego ogólniaka – jako nauczyciel. Wróciłam, bo władze oświatowe skusiły mnie przydziałem własnego mieszkania. I dobrze się stało, bo polubiłam swój zawód. W szkole nie pracuję od ponad ćwierć wieku, ale nadal uczę – i dobrze mi z tym. I dziękuję Panu Bogu za pchnięcie mnie na takie tory studiów, które teraz dają dochód.

Nie mam wątpliwości, że na takie a nie inne tory zawodowe pchnął mnie Pan Bóg, który na szczęście ma więcej rozsądku niż ja. Kierunek studiów wybrałam na podstawie ankiety własnego pomysłu, składającej się z około dziesięciu pytań, którymi objęłam kilka możliwych kierunków nauki: od psychologii, socjologii czy etnografii, poprzez medycynę i dwie filologie - do matematyki. Pierwsze miejsce w punktacji zajęła jedna z filologii.

Trzeba było wybrać jakieś studia, więc wybrałam, ponieważ Rodzice pilnowali, żebym czasami po maturze nie wymigała się od dalszej nauki. Mama nawet pojechała ze mną do miasta moich przyszłych studiów, żeby przypilnować, że pójdę na pierwszy egzamin - pisemny. Poszłam więc. Na tyle bez pośpiechu, że spóźniłam się dwadzieścia minut. Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że egzamin jest opóźniony o pół godziny. Nie było wyboru, trzeba było znowu chodzić do szkoły.

Patrząc wstecz na swoje życie, nie żałuję, że nie przeciążałam swojego umysłu – wiedzą. Co mam wiedzieć, to i tak – wiem. Całego świata w głowie nie pomieszczę, cały świat w swojej głowie może pomieścić tylko Pan Bóg. Nie będę się z Nim ścigać. Bo jestem bez szans. A cząstkowa wiedza dla samej wiedzy nie za bardzo mnie interesuje. Wystarcza mi, że znam Tego, który wie wszystko. Że poznałam Go, a właściwie, że On dał mi się poznać [Świadectwo]. Jednak: badam swoje sumienie. Czy w takim podejściu do życia kierowała mną mądrość, czy jednak – gnuśność? A może to po prostu [Taki charakter]? W następnym kroku rozważę więc, jak „taki mój charakter” wpływa na moją modlitwę. Na relację z Bogiem.


A tymczasem leżę pod gruszą
Na dowolnie wybranym boku
I mam to, co na świecie najświętsze
Święty spokój...


Święty spokój - Maryla Rodowicz:


Tekst: Magdalena Czapińska
Muzyka: Seweryn Krajewski


11.03.2020

Tutaj: cały obecny cykl notek [Postny post (1-5)]


.

Postny post 3/5. Sprzedaj mnie wiatrowi


Zamiast być cnót i zalet pomnikiem
Piszę list papierosa ognikiem
Wrzucam go w tę noc
W skrzynkę z mgły
W liście tym radzę Ci
Radzę Ci.


Bywa tak, że Pan Bóg pozwala człowiekowi wybrać powołanie. Tak przynajmniej zrozumiałam z mądrych lektur teologicznych, które musiałam - i chciałam - zgłębiać po swoich kolejnych nawróceniach, żeby zrozumieć, co się w moim życiu dzieje, co w nim robi Pan Bóg i jak powinnam reagować na te Boże wezwania.

Wiedziałam, że są takie powołania, w których Pan zostawia człowiekowi większą niż zwykle przestrzeń dla jego własnych ludzkich wyborów i niejako podąża za wyborem człowieka. Wtedy jednak nie brałam tego do siebie, ponieważ był to czas, kiedy pragnęłam cała radykalnie odejść od świata dla Boga, kiedy pragnęłam ukryć się gdzieś z Bogiem przed światem, i tak już żyć wiecznym szczęściem. Wydawało się, że On pragnie tego samego, i że po prostu nie mam innego wyboru. Tak też wstępnie rozeznano moje ówczesne duchowe doświadczenie - jako być może powołanie do życia pustelniczego.

Realizacja takiego powołania być może stała by się moim udziałem, gdybym nie była sobą. Zachwyciła mnie wtedy Madre z Avili, jej pisma rozumiałam niemal bez słów. Jednak inna matka, którą nazwę X, i którą kiedyś dawno osobiście poznałam, należała do całkiem innego - i całkiem niepustelniczego - zakonu kontemplacyjnego, więc ta konkretna i dotykalna ziemianka, żyjąca na konkretnym i dotykalnym skrawku ziemi, sto kilometrów od mojego miejsca zamieszkania, miała w moim sercu przewagę nad świętą niebianką z Avili. Więc uparłam się na klasztor X [Być mniszką].

Krótko mówiąc: dostałam klasztor X, ale nie tak, jak sobie wyobrażałam, bo z wielkimi bolesnymi zawirowaniami. Potem klasztor X mnie nie chciał, potem - odmieniony i odnowiony - zechciał, ale ja już byłam o dziesięć lat starsza i chciałam czegoś innego, co zresztą też otrzymałam, ale nie tak, jak sobie wstępnie wyobrażałam. Klasztor X zresztą pozostał w moim życiu, ale inaczej niż chciałam na samym początku [W poszukiwaniu odnalezionego czasu].

A po drodze jeszcze poczułam możliwość przejścia do życia wiecznego, tyle że ja jeszcze nie chciałam umierać. Chciałam koniecznie zobaczyć, co będzie za następnym zakrętem w moim życiu, chociaż czułam ostrzeżenie, że nie będzie tam łatwo. No i nie było. I nie jest. Świat stał się bardziej niespokojny i niebezpieczny, a ja stałam się bardziej stara, słaba i samotna. Chciałam, to mam.

W tej nowej sytuacji odkryłam, że coraz bardziej, niemal całkowicie stałam się życiowo zależna niemal wyłącznie od Boga. Mam wrażenie, że Pan Bóg dawał mi realizować te moje różne pomysły, które potem okazywały się ślepymi uliczkami, żeby tak od jednej do drugiej ślepej uliczki zapędzić mnie w taki kozi róg [Alice], gdzie zmusi moją rozbrykaną naturę do ponownego uznania Jego wyłączności, którą zresztą deklarowałam Mu już dwadzieścia lat temu, w rezultacie tamtego żarliwego nawrócenia [Słowo na niedzielę].

Jak wspomniałam w pierwszym z serii obecnych tekstów, wierność zdaje się nie jest moją mocną stroną. Od poprzedniego nawrócenia - przez ostatnie dwadzieścia lat - mój wewnętrzny żar stopniowo wygasł i rozmył się w codziennej zwyczajności. Moja modlitwa - poza Eucharystią - w swoich poprzednich formach zamarła wraz z upływem czasu. Zdawałam sobie sprawę z tego procesu, wiedząc, że może to być proces zamierzony przez Boga, gdyż zdążyłam już wcześniej dowiedzieć się z wielu mądrych lektur, w jaki sposób życie naszej modlitwy może wyglądać w planach Pana Boga [Od paciorka do zjednoczenia z Bogiem].

No ale żeby zamiast modlić się wypełniać czas słuchaniem - dla praktyki językowej - angielskojęzycznych kryminałów nagranych na audiobookach? Albo żeby - dla przełamania ciszy - wysłuchiwać jakichś starych przebojów muzyki pop i jeszcze pisać o tym na swoim dawnym blogu?

Postanowiłam więc w tych przebojach spróbować odnaleźć kontakt z Bogiem - do czego nawiążę w następnym kroku obecnych rozważań - skoro żadna inna modlitwa mi nie wychodzi. Może poza tą jedną, którą chyba zawsze miałam tuż pod ręką, a którą od dawna nazywam szukaniem Boga - w powietrzu. I chwytaniem Jego natchnień - z powietrza.


Sprzedaj mnie wiatrowi,
Chcę z wiatrem lecieć w świat
Niebo się różowi, wieje wiatr
A ja z nim, a ja tam... gwiżdżę
Bo filozofię wiatru znam
Tak jak wiatr gwizdać chcę
Sprzedaj mnie wiatrowi,
Sprzedaj mnie!


Sprzedaj mnie wiatrowi – Ewa Bem:


Tekst: Ryszard Marek Groński
Muzyka: Zbigniew Namysłowski


12.03.2020


Tutaj: cały obecny cykl notek [Postny post (1-5)]

.

Postny post 4/5. Kim jesteś, mów


Byłam zdziwiona, że Ojciec Marcin [Dominicanus] w lot zrozumiał głęboko duchowy sens – najpewniej niezamierzony – tekstu zwykłej rozrywkowej piosenki z dawnego repertuaru Piotra Szczepanika, kiedy zacytowałam mu te kilka słów z niej wyjętych, w których między innymi - jak mi się wydawało - przemówił wtedy, dwadzieścia lat temu, do mnie Bóg:


Szukam słów, aż znajdę
Klucz do twych snów.
Miłość twą, jej barwę,
Kim jesteś, mów


Jednak nie rozmawialiśmy o szczegółach duchowych znaczeń ukrytych w tym tekście. Ojciec wyraził jedynie zdziwienie – i uznanie – że „takie teksty piosenek piszą”. Sądzę, że przesądziła zacytowana wyżej zwrotka z tytułowym wezwaniem: kim jesteś, mów. Jest to bowiem wewnętrzne wezwanie znane w różnych duchowościach, mistykach i mistycyzmach.

W duchowości chrześcijańskiej nawiązuje do niego św. Augustyn w krótkiej prośbie: Daj mi poznać siebie, bym mógł poznać Ciebie. Słowa przeboju stanowiłyby rodzaj odwrócenia powyższej prośby: tym razem Bóg prosi człowieka, aby ten podjął trud rozpoznania samego siebie. Aby ostatecznie ustalił, kim jest przed Bogiem – żeby Bóg mógł odpowiednio człowiekowi objawić Siebie. Boża łaska buduje bowiem relację między Stwórcą i człowiekiem na fundamencie ludzkiej szeroko rozumianej natury. Panie, jestem tylko – człowiekiem. Amen.


Szukam słów, które by
Otwierały twoje sny,
Chcę je znać, tak jak znam, twoje łzy.

Wino, sól, owoc, kwiat,
Wszystko znajdę w twoich snach,
Tylko mnie nie ma tam, nie ma tam
.


Zanim zaśniesz - Piotr Szczepanik:

 
Tekst: Jerzy Miller
Muzyka: Andrzej Korzyński


14.03.2020


Tutaj: cały obecny cykl notek [Postny post (1-5)]

.