Fajne, mówią po angielsku, uprzedzam, ale też dużo śpiewają. Liverpool, pół wieku później:
piszą się, więc piszę. nadal na salon24.pl publikowane, tutaj zapisywane. kopia przedostatniej edycji bloga
Fajne, mówią po angielsku, uprzedzam, ale też dużo śpiewają. Liverpool, pół wieku później:
Londyn, współczesność. Ustabilizowana rodzina: on, ona, dwoje dzieci. Spokojne, szczęśliwe życie. Zbliża się Boże Narodzenie, a cały film, którego ci ludzie są częścią, żyje atmosferą przygotowań, podróży, przedświątecznych spotkań, prezentów. Ona niechcący odkrywa ukryty w kieszeni jego płaszcza zakupiony właśnie prezent: błyszczący delikatny złoty naszyjnik w płaskim kwadratowym pudełku. Cichutko z powrotem wkłada pudełko do kieszeni płaszcza męża. Za dzień czy dwa paczuszkę o tym samym kształcie owiniętą dekoracyjnym papierem znajduje pod choinką, dla niej. Udając, że nie wie, co zawiera, z uśmiechem zaciekawienia rozrywa papier: okazuje się, że to płytka kompaktowa z nagraniami Joni Mitchell, jej ulubionej piosenkarki, której teksty od lat uczą ją życia. Niepewna ogląda pudełko z płytką ze wszystkich stron. To jest wszystko.
*
Opisana scena dzieje się w filmie uważanym przez niektórych za jeden z lepszych współczesnych filmów o miłości: To właśnie miłość (Love Actually) . Za mało widziałam współczesnych filmów, żeby orzec, czy faktycznie ten film z 2003 roku jest aż tak dobry na tle innych, ale sądzę, że ta wielowątkowa opowieść o różnych miłościach może być jednym z lepszych filmów w czułych przedświątecznych klimatach, które produkowane są dość masowo, chociaż ten akurat jest dziełem ponoć z natury bardzo romantycznego Richarda Curtisa, mistrza od romantycznych komedii z prywatnie raczej mało romantycznym Hugh Grantem. O stopniu romantyczności obu panów wiem z różnych wywiadów z tym ostatnim, których lubię słuchać ze względu na angielszczyznę Granta, bardzo posh, czyli z polska – bardzo ą-ę.
To właśnie miłość jest filmem, w którym specjalną rolę grają towarzyszące bohaterom różne znane przeboje. Lubię posłuchać znanych kawałków w dobrze zrobionym filmie, więc ta miłosna opowieść również pod tym względem odpowiada mi, szczególnie, że dzięki niej przypomniałam sobie kilka zapomnianych piosenek, a wśród nich tę, która była na płytce podarowanej Emmie Thompson przez grającego jej męża Alana Rickmana:
Autorka przeboju Both Sides Now (Z obu stron), Joni Mitchell, w jednym z wywiadów mówi, że sama nie wie, w jaki sposób ówcześnie młodej 21-latce udało się napisać tak dojrzały tekst o trudnych doświadczeniach dorosłego życia, dorosłej bolesnej miłości: I've looked at life from both sides now / From win and lose and still somehow / It's life's illusions I recall / I really don't know life at all […] (patrzę teraz na życie z obu stron / na zwycięstwa i porażki i jakoś to będzie / myślą wracam do dawnych życiowych złudzeń / i widzę, że życia zupełnie nie znam) [pełny angielski tekst].
*
Prawie dwadzieścia lat wcześniej, w roku 1991, muzyczny motyw przeboju Joni Mitchell został wykorzystany w czołówce całkiem innego filmu, zabawnego i mądrego, jednak bez kontekstów świątecznych, za to w klimatach bliskich rozważaniom nad rodzajem męskim i żeńskim (po angielsku rodzaj to – gender), do których pasował tytuł i główna myśl utworu o spojrzeniu na życie i miłość – z obu stron. Komedia Switch: Trudno być kobietą (switch to - przełącznik, zamiana), nie jest pierwszym filmem w twórczości Blake Edwardsa, tego od Różowej pantery, opierającym się na męsko-żeńskiej podmiance (wcześniej był zasypany Oscarami Victor/Victoria z 1982).
Refleksyjny przebój Joni Mitchell [pełne nagranie] do klimatów sylwestrowych zarówno pasuje, jak i nie pasuje. Nie pasuje, bo nie da się przy nim poszaleć tanecznie, ale można przy nim pomyśleć refleksyjnie o życiu – przy końcu kolejnego roku naszego życia. A poza posłuchaniem można obejrzeć wspomniane filmy: lekkie, łatwe i przyjemne. I całkiem mądre.
Przebój, któremu poświęciłam poprzednią notkę [Trzy, dwa, jeden. Obraz podwójny, podwójne spojrzenie (2/4)], Joni Mitchell napisała w 1968 roku, mając nieco ponad 20 lat, i obecnie, jako stara już kobieta sama dziwi się, skąd wtedy, wchodząc dopiero w dorosłe życie, wiedziała, co może odczuwać kobieta dojrzała, doświadczona życiem i tym w gorzki sposób życiem rozczarowana. Wspomina, że natchnieniem do napisania piosenki była książka czytana podczas lotu samolotem. Bohater powieści lecący samolotem patrzył z góry na chmury, a Mitchell odłożywszy na moment zaczętą właśnie powieść też spojrzała przez okienko na chmury, nad którymi leciał jej samolot, i – od razu w samolocie napisała ten utwór.
W tym kontekście przypomina mi się sytuacja z lat 1980-tych, kiedy pracowałam jako nauczyciel w jednym z ogólniaków w moim mieście. Na zakończenie nauki każda z klas maturalnych miała przygotować króciutki popis do przedstawienie w auli szkolnej. Klasa o profilu ścisłym, w której uczyłam, jako jedyna dała popis wybitny: dojrzały, mądry, zamknięty w bardzo sprawnie odegranej scence na 4 aktorów. Wraz z koleżanką, bardzo dobrą polonistką, która uczyła ich polskiego, byłyśmy nieme z zachwytu. Był to krótki skecz, ale rzecz dotyczyła najgłębszych przesłań kultury, a literatury w szczególności, w podtekście ukazując w prostej lekkiej historyjce zagrożenia dla kultury płynące ze strony totalitaryzmów. Po zakończeniu tamtej uroczystości uczniowie tej klasy zagarnęli polonistkę i mnie na małą imprezkę w jakimś lokalu. Kiedy chwaliłyśmy ich występ, zupełnie nie wiedzieli, o co nam chodzi. Tłumaczyli, że oni po prostu musieli improwizować, bo okazało się, że jako jedyna klasa niczego nie przygotowali, a nie chcieli się kompromitować. Więc wyszli i odegrali „coś na temat literatury”. Jeden uczeń coś powiedział, drugi coś dodał, trzeci spuentował, czwarty się dołączył. Dziesięć minut geniuszu.
Podobnie powstał wspomniany przebój Joni Mitchell Both Sides Now (1968), tak powstała genialna Eleonor Rigby (1966) Beatlesów, w podobny sposób Rolling Stonesi stworzyli As Tears Go Bye (1964). Bo skąd tamci rozkrzyczani rozrywkowi chłopacy mogli wiedzieć, co czuje starzejąca się, czy wręcz stara samotna kobieta, stary samotny człowiek.
Paul McCartney brzdąkał coś na pianinie, kiedy przyszła mu do głowy fraza muzyczna i fraza słowna - o kobiecie zbierającej z kościelnej podłogi ryż po ceremonii ślubu. Kilka dni później w głowie muzyka pojawiła się kolejna fraza – o księdzu samotnie cerującym sobie nocami skarpetki. A jeszcze później cały zespól dorzucał jakieś drobne tekstowe pomysły do następnych zwrotek, i tak powstało małe arcydzieło: Eleanor Rigby / Picks up the rice in the church where a wedding has been / Lives in a dream / Waits at the window / Wearing the face that she keeps in a jar by the door / Who is it for?
Z kolei ówczesny menadżer Rolling Stonesów podobno zamknął Jaggera i Richardsa w kuchni i zagroził, że nie wyjdą, dopóki nie napiszą wspólnie piosenki, stawiając jako jeden z formalnych warunków, że nie ma być tam nic o seksie. Jako pierwsza tę barokowo-rockową perełkę wykonała Marianne Faithfull, bez jednego słowa o seksie: It is the evening of the day / I sit and watch the children play / Smiling faces I can see / But not for me / I sit and watch / As tears go by.
Pod pierwszą z niedawnych przed-sylwestrowych notek [Trzy, dwa, jeden. Nakręcam się sylwestrowo (1/4)] napisałam w odpowiedzi na komentarz, że czuję, że będę w tym roku sylwestrowo smęcić, i że nic na to nie poradzę, jako że to pisanie mną kieruje, a nie ja nim. No i dzieje się – smęcę [Trzy, dwa, jeden. Obraz podwójny, podwójne spojrzenie (2/4)] [Trzy, dwa, jeden. Skąd się o tym wie? (3/4)].
Tak mnie pisanie nakręciło, tak mnie pisanie poprowadziło, że doprowadziło mnie do zera, czyli – wyzerowało mnie. Nie pierwszy raz zresztą. Już 12 lat temu - w 2008 roku - napisałam o tym logicznym ciągu w moim życiu, kończąc tekst wezwaniem:
„Zadanie swego życia rozwiązałam i zgadzam się na wyzerowanie mnie. Niewykluczone, że ceną dojścia do tego wyniku jest obecna agorafobia. Stałam się bowiem więźniem matematyki. Jestem więźniem linii. Jedyna nadzieja w Tym, który wyprowadza na wolność - na bezkres nieskończoności. Moja nadzieja w Tym, który już nie jeden raz mnie uzdrawiał. Teraz Twoja kolej, Panie. Trzy, dwa, jeden, zero. Start!” [Trzy, dwa, jeden, zero]
Obecne moje pisanie około-Bożonarodzeniowe i około-Sylwestrowe, które podpowiedziało mi, żebym użyła w tytułach ostatnich notek ciągów cyfr 1-2-3/3-2-1 niechcący i nieodwołalnie doprowadziło mnie znowu do - zera. Przypominam więc sobie tamtą notkę, i przypominam sobie zacytowaną w niej ciekawą myśl na temat zera:
Zero to poważny i trudny problem historyczno -naukowo -dydaktyczno -filozoficzny. Historyczny dlatego, że do tej pory nie ustalono zbyt dokładnego przedziału czasowego w którym pojawiło się zero. Naukowy dlatego, że należy określić pojęcie zera jako liczby a nie tylko znaku cyfry, a to wymaga wcześniejszego określenia samego pojęcia liczby. Dydaktyczny z powodu sposobu i miejsca wprowadzenia liczby zero w nauczaniu szkolnym. Zaś filozoficzny dlatego, że chociaż zero jest niczym to ma ścisły związek z wszystkim. (źródło)
tak sobie dzisiaj myślę
mówisz, że bardzo trzymasz się życia
mówię, że bardzo trzymam się śmierci
jeszcze i już
dwie strony tej samej monety
dwie strony tego samego księżyca
mieszkamy na tej samej planecie
ciemna strona
strona jasna
gra światła
gra cienia
światło zacienia się
cień się rozświetla
wypuściłam wszystko z rąk
już
niedziela, 22 maja 2011
©prowincjałka
.