Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyczne reminiscencje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyczne reminiscencje. Pokaż wszystkie posty

Zobacz, co oni zrobili z moim blogiem


Niczego jeszcze nie zrobili, i nie za bardzo przejmuję się tym, czy i co zrobią, jako że teraz prowadzę tam bardziej brulion niż blog [salon24.pl/u/prowincjalka]. Od samego mojego blogowego początku zaczęłam wszystkie swoje teksty (2007 - ) oraz niektóre dyskusje (2007 - 2011) archiwizować w serwisie Blogger, gdzie sobie powiszą, dopóki właściciel tamtego serwisu, czyli obecnie Google, czegoś z nim nie zrobi, na przykład - zlikwiduje. Na razie tam są.

Natomiast w 2015 założyłam konto w serwisie Twitter, żeby z jednej strony podczas kampanii wyborczych trochę tam politycznie walczyć na rzecz takich czy innych moich faworytów, a na co dzień mieć namiastkę kontaktów z blogerami, którzy zniknęli stąd, a pojawili się tam. Oczywiście tak będzie do czasu, gdy właściciel tamtego serwisu, czyli obecnie Twitter Inc., stamtąd mnie przegoni w ten czy inny sposób, albo na przykład - sam się zlikwiduje. Na razie tam jestem.

No cóż, wszystko może się zdarzyć, ale szat z tego powodu nie rozdzieram. Kolejne zmiany w serwisie Salon24.pl również przyjmuję z dość stoickim spokojem. Niemniej pomyślałam sobie, że ostatnia planowana piosenka z serii hippisowsko-lewicowo-buntowniczych, które dziwnym trafem przypomniały mi się podczas tegorocznego przed-wielkanocnego milczenia, i na temat których napisałam serię około-muzycznych reminiscencji, ostatnio na przykład [DObrus, NAbis], bardzo będzie pasować do obecnej okazji, jako że wielu tutejszych blogerów i komentatorów z racji zachodzących w serwisie zmian drze – szaty.

A więc we wspomnianej serii chyba ostatni już utwór, przebój z roku 1970 - What Have They Done to My Song, Ma (Co oni zrobili z moją piosenką, mamo) - napisany i wykonywany przez Melanie Safka, amerykańską piosenkarkę pochodzenia ukraińskiego po ojcu i włoskiego po matce, który rozumiany bywał jako protest artysty przeciwko komercjalizacji przemysłu muzycznego, ale bywa też czasami rozumiany jako protest przeciwko toczącej się wtedy wietnamskiej wojnie, albo bywa też interpretowany szerzej, jako głos w obronie prawa jednostki do ekspresji. Tak więc nic tej piosence nie zaszkodzi, jeśli dodamy do niej jeszcze naszą interpretację: zobacz, co oni zrobili z naszymi blogami!


Look what they've done to my song, ma
Look at what they've done to my song, ma
It was the only thing I could do half right
And it's turning out all wrong, ma, look
What they've done to my song




07.05.2021

 

 

.

DObrus, NAbis


Nikt mnie o to nie prosił, ale to nie szkodzi. Napiszę, co mam do napisania, tak jak będąc w pierwszej klasie szkoły podstawowej mówiłam na lekcjach, co miałam do powiedzenia, chociaż nikt mnie o to nie pytał. Nauczycielka była załamana, moi rodzice byli załamani, ale niezbyt długo. Po dwóch lub trzech miesiącach nauczycielka pochwaliła mnie przed rodzicami, że nie ma pytania, na które nie znałabym odpowiedzi. Tak więc nic dziwnego, że nawet bez zadawania mi pytań wiedziałam, co miałam mówić. Tak samo teraz doskonale wiem, co mam napisać, bez niczyjego proszenia mnie o to.


*


Najpierw więc będzie o tym, że nie przeczytałam żadnej książki kapitana Borchardta, ale i tak wiedziałam, jak skorzystać z jego twórczości. Gdzieś kiedyś posłyszałam coś, co mnie zainteresowało, więc przeczytałam kilka stron wspomnień kapitana, aby je wykorzystać dla dobra moich uczniów, wiele lat temu, a potem co roku przekazując kolejnym znajomym maturzystom praktyczną poradę, jak można zdawać egzaminy z języka angielskiego metodą Wielkiego Maga.


Nie będę teraz rozpisywać się o tej metodzie, a kto jest jej ciekawy, jeśli poczyta sobie książki kapitana, to pewnie w którejś na Wielkiego Maga trafi. Żeby jednak nie wyjść na kompletną egoistkę, mogę teraz całkiem gratis poradzić, jak sobie radzić w jednym z języków obcych z rozumieniem aspektu określanego mianem Perfect. Wystarczy bowiem jedynie posłuchać mowy kaszubskiej: - Mam byte w Brusach. - powie taki Kaszub. I będzie to znaczyło identycznie to samo, co I have been in (to) Brusy w takim na przykład języku angielskim.


Przykład powyższy jest bardzo dobry, ale nie wiem, czy do końca prawdziwy, gdyż po prawdzie nigdy nie słyszałam żadnego Kaszëby tak mówiącego, a jedynie słyszałam, że ktoś mówił, że oni tak mówią. Słyszałam natomiast na własne młode uszy, kiedy dawno dawno temu bywałam u mojego wujostwa mieszkającego wtedy niedaleko wspomnianych wyżej Brus, jak mówiło się w ich domu, kiedy jechało się tamże rowerem w celu zakupienia chleba w tamtejszym sklepie spożywczym: - Jadę DObrus POchleb. - z akcentem na przyimki DO i PO, wymawiane jednym tchem z następującymi po nich rzeczownikami.


*


Ten chleb oraz te Brusy przyszły mi na myśl, kiedy zastanawiałam się nad tytułem notki, która chodziła mi po głowie, i kiedy jedynym pomysłem na tytuł, jaki mi do tej głowy przychodził, było niby dobre, ale jednak nie najlepsze sformułowanie. Postanowiłam więc proste „Na bis” nieco urozmaicić, przez ukaszubienie go w kierunku „NAbis”. A potem przypomniały mi się te Brusy, i to byte w nich, i ta cała reszta, i jeszcze to, że chociaż po notce Seegerowi poświęconej [Kobieta zdradziecka, mon amour] nikt mnie o żaden bis nie prosił, to ja i tak swoje powiem, bo tak już od dziecka mam. Piosenka z bardzo dawnego repertuaru Pete Seegera, którą na ten bis teraz zaprezentuję w innym - nowym i ciekawym - wykonaniu, dawno temu w peerelu służyła mi za pomoc dydaktyczną, kiedy pracowałam w ogólniakach. Przy jej pomocy nie tylko uczyłam języka obcego, ale też chciałam przy okazji ostrzegać nią uczniów, żeby nie dawali się zunifikować, zestandaryzować, zuniformizować, czyli inaczej mówiąc - wpakować do jednego pudełka.


Little Boxes - w wykonaniu Walk off the Earth:

 


I jeszcze taką buntowniczą piosenką z repertuaru amerykańskiego komunisty karmiłam kiedyś moich polskich uczniów, żeby myśleli, a nie przyjmowali w sposób bezkrytyczny wszystkiego, czego próbowała ich uczyć peerelowska propaganda: What Did You Learn in School Today? (Czego nauczyłeś się dzisiaj w szkole?) - w wykonaniu Pete Seegera:

 

.


04.05.2021

 

 

.

Kobieta zdradziecka, mon amour


Nie pamiętam, w jaki sposób wpadłam na niego, a właściwie na parę jego piosenek, gdyż z zasady zapadają mi w pamięć właśnie konkretne utwory, a nie całość twórczości tego czy innego artysty. Zdarza się jednak, że czasami lubię przyjrzeć się sylwetce i życiu kogoś, czyje dzieło mnie akurat z tych czy innych powodów zafascynowało. Jeśli jednak idzie o osobę Pete Seegera, wystarcza mi wiedza ograniczająca się do faktu, że jest amerykańskim komunistą.


*


Nie pamiętam, żebym w czasach peerelu spotkała się z jakąś oficjalną - radiową lub telewizyjną - promocją jego osoby i jego twórczości. Również Radio Luxembourg, którego namiętnie słuchałam, też chyba nie nadawało jego utworów. Więc skąd o nim wiedziałam? Być może dowiedziałam się o nim na studiach - od moich brytyjskich czy amerykańskich wykładowców? Były to lata 1970-te i lewicowe protest songi były wtedy na topie. Być może wtedy podpowiadali nam, z jakich angielskojęzycznych piosenek można korzystać w charakterze pomocy naukowych? Może tak było?


Nie wiem, czy oprócz słuchania Seegera, czegoś o nim kiedyś, jeszcze w przed-uniwersyteckiej młodości, nie przeczytałam w pewnym bardzo trudnym w tamtych czasach do zdobycia czasopiśmie: „Drukowany w USA, przez Wydawnictwo Rządu Stanów Zjednoczonych, kolorowy miesięcznik „Ameryka" musiał być dla Polaków w latach 60. i 70. ucieleśnieniem amerykańskiego snu i źródłem marzeń o rajskim życiu na zachodzie”. Ale czy rządowe wydawnictwo Stanów Zjednoczonych, służące głównie propagowaniu amerykańskiego stylu życia, rozpisywałoby się o komuniście? O prezydencie Johnie Kennedym jak najbardziej mogłam tam przeczytać, i pamiętam, że kiedy JFK zginął w zamachu, jako jedenastolatka z własnej inicjatywy urządziłam wtedy w domu mały ołtarzyk poświęcony jego pamięci, przed którym pełniłam dobrowolną wartę – na baczność.


Ówczesnym przywódcom z mojego zakątka Europy na pewno nigdy takich honorów nie oddawałam, chociaż w szkole podstawowej i średniej zdarzało mi się chodzić na pochody pierwszomajowe, a w tej ostatniej nawet dałam zapisać się do ZMS, o czym parę lat temu z biciem się w piersi wspominałam [Felix culpa]. A na przełomie ogólniaka i studiów (sic!) prenumerowałam całkiem nie-amerykańskie, szaro-buro ilustrowane czasopismo, wydawane przez całkiem inny kraj, a zatytułowane – „Kobieta radziecka”. Prawdopodobnie poznałam je w szkole na lekcjach rosyjskiego, ale co mi się w nim tak spodobało, i czego w nim tak szukałam – zupełnie nie pamiętam. Z jakichś względów wolałam Kobietę radziecką od polskiej Przyjaciółki.


Prasę w ogóle bardzo lubiłam czytać - i to raczej nie-radziecką - więc przez wiele lat intensywnie korzystałam z instytucji pod nazwą czytelnia Empiku. Lubiłam jej klubową atmosferę z wygodnymi fotelikami i barkiem, w którym można była zamówić herbatę, a może nawet kawę, kiedy akurat była osiągalna w handlu. Lubiłam też towarzystwo innych stałych bywalców, no i szeroki wybór prasy szarej i kolorowej, w różnych językach. Po polsku tam czytałam głównie prasę literacką, a w niej uwielbiałam felietony Hamiltona, Polaka piszącego pod takim pseudonimem. Uwielbiałam też czytać polskie przedruki felietonów Arta Buchwalda, Amerykanina, ale już nie pamiętam, czy drukowała je Kultura czy Polityka. Buchwald był oczywiście dziennikarzem lewicującym, co tłumaczyłoby dlaczego peerelowska prasa publikowała go.


Jak wspomniałam, w Empiku chyba nie czytywałam żadnej prasy radzieckiej, natomiast chłonęłam gazety i czasopisma w języku angielskim, którego wtedy uczyłam się w szkole, ale również w językach francuskim i włoskim, których nie uczyłam się, i których zupełnie nie znałam, a jednak – o dziwo – chyba rozumiałam, co czytam. Były to bowiem głównie artykuły o kinie francuskim i włoskim, które wtedy kwitło, a ja w tamtym czasie byłam tak bardzo zapaloną miłośniczką dziesiątej muzy, że byłam w stanie przeniknąć te obcojęzyczne teksty, żeby tylko dowiedzieć się, co w tamtych krajach za żelazną kurtyną w kinematografii piszczy.


*


A teraz – Ladies and Gentlemen, Panie i Panowie, Уважаемые Господа – na koniec notki pod nieco zdradzieckim tytułem, a w przeddzień majowego święta pracującego ludu miast i wsi, folkowy Pete Seeger, o którym nie za wiele wiem, i o którym niczego nowego dowiadywać się nie chcę, ale który ostatnio mi się dziwnie przypomniał [A więc, jak założyłam, a tu – mały szok!]:


If I Had A Hammer, czyli – gdyby Seeger miał młotek, to waliłby nim jak świat szeroki, rano i wieczorem:

 



We Shall Overcome, czyli – Seeger mocno wierzy, że któregoś dnia oni zwyciężą:

 

 





30.04.2021

 

 

.

Idiofon szarpany?


Czy tak po polsku można określić instrument, na którym - między innymi - grywa Buffy St.Marie, a której dwa songi z towarzyszeniem gitarowego solo przedstawiłam w notce poprzedniej [Kanada pachnąca muzyką?]? A jeśli nie można tego angielskiego mouth bow po polsku określić tak jak w tytule, no to jak? Łuk ustny? Jako że instrument tego typu istniał i nadal istnieje, i chyba ma jakąś polską nazwę. Google podpowiada mi polskie słowo drumla, która idiofonem jest, ale drumla wygląda i działa jednak nieco inaczej.

No nic. Zamieszczam popisowy numer Buffy St.Marie na tym czymś, który to utwór również znajdował się na płycie, którą kiedyś miałam, i o której trochę rozpisałam się poprzednio. Wraz z zamieszczonym dzisiaj ustno-szarpanym występem St.Marie w Ulicy Sezamkowej, zamieszczę nagranie programu dużo wcześniejszego, kiedy ta lewicująca kanadyjska artystka wystąpiła w telewizyjnym programie Rainbow Quest prowadzonym w latach 1965 – 1966 przez jeszcze bardziej lewicującego - amerykańskiego - artystę, Pete Seegera, o którego muzycznej obecności w moim życiu pewnie wkrótce tutaj również powspominam, na razie jedynie przypominając, skąd mi się w tym po-wielkanocnym czasie zebrało na słuchanie i rozpamiętywanie amerykańskiego muzycznego lewactwa [A więc, jak założyłam, a tu - mały szok!].


Buffy St.Marie ustami gra i ustami śpiewa, jednocześnie  - piosenka Cripple Creek (1975):



Tutaj: St.Marie oraz Seeger, gawędzą, grają i śpiewają. Szczególnie polecam kilka pierwszych minut programu, w których ten ostatni popisuje się – bardzo udanie – grą na banjo. I opowiada o amerykańskiej historii tego afrykańskiego instrumentu. Natomiast w dalszej części programu (25'34'') ta pierwsza gra i śpiewa na tym czymś ustno-szarpanym, co dzięki dyskusji pod notką okazało się być - łukiem muzycznym, który idiofonem nie jest, należy natomiast do grupy instrumentów określanych mianem chordofonów!




24.04.2021

 

 

.

Kanada pachnąca muzyką?


Nie, Kanada nie pachnie mi muzyką. Chociaż jak słyszę, Celine Dion stamtąd pochodzi, i nie tylko ona, tyle że ja Dion nie słucham, więc nie ma to dla mnie znaczenia. Kanada pachnie mi żywicą, jak najbardziej, poznałam tam syrop klonowy i polubiłam. Kanada pachnie mi też dolarami, które kiedyś też lubiłam [Kanada, czyli pomarańcze przeciw dolarom], pachnie mi też smoothness, czyli płynnością, łagodnością, pracą bez zakłóceń, których – nie polubiłam [Lotem bliżej]. Przede wszystkim Kanada pachnie mi jednak rodziną, której miałam i mam tam sporo, ale z którą – głównie z powodu zmiany pokoleniowej – już nie mam prawie żadnego bezpośredniego kontaktu. Nie wiem więc, czego tam się obecnie słucha.


Naszą rodzinną drogę do Kanady zaraz po drugiej światowej wojnie przetarł mój hojny Stryjek, za którym prawie pół wieku później ruszyło na podbój tamtego kraju pokolenie moich polskich ciotecznych siostrzenic i siostrzeńców, bratanic i bratanków. Najbliższe mi kanadyjskie cioteczne siostry, również tam urodzone, powoli odchodzą w zaświaty, a mnie zostają jedynie wspomnienia o kraju, w którym byłam, w którym mogłam studiować, w którym mogłam pracować, ale w którym za bardzo nie chciałam żyć. Z muzyki tam słyszanej też niewiele mi zostało, chociaż rówieśne mi kuzynki w młodości dzieliły się ze mną swoją ówczesną muzą. Jednak kiedy sięgam pamięcią do lat 1970-tych i 1980-tych, z muzyki słuchanej w Kanadzie pamiętam dużo Eltona Johna, który Kanadyjczykiem nie jest, oraz Gordona Lightfoot, który Kanadyjczykiem jest, i którego balladowe nagrania wtedy lubiłam, aczkolwiek teraz żadnego nie pamiętam, a te wyszukane obecnie w sieci niczego mi nie przypominają, a wręcz nie podobają mi się – są jakieś takie twarde [Billboard: Gordon Lightfoot's Best Songs - Critic's Picks].


Jedyną kanadyjską artystką z tamtych czasów, która w mojej pamięci nadal tkwi, jest Indianka Buffy St.Marie, której album dostałam kiedyś w prezencie od moich kanadyjskich rówieśnic, ale którego to albumu już nie mam, gdyż żadnych analogowych płyt z dawnego czasu nie zachowałam. Pamiętam natomiast, że ktoś odesłał mi pocztą tę właśnie płytę, która miała być naszą wspólną własnością – rozstając się ze mną. A ćwierć wieku później ten sam ktoś próbował czarować mnie własnymi składankami z nagraniami Dona McLeana, który Kanadyjczykiem nie jest, ale o którym jeszcze pewnie coś powspominam.


No tak, jest jeszcze Leonard Cohen. Jest jeszcze Joni Mitchell. Kanadyjczycy, jak najbardziej. Jednak na przykład nazwiska z tej listy - [20 Most Popular Canadian Artists Of All Time] - w większości niewiele mi mówią. Natomiast sam tytuł listy - śmieszy. Dwudziestu najbardziej znanych kanadyjskich artystów wszech czasów, która to lista nie obejmuje czasów przed nami, a z tych które już za nami sięga wstecz zaledwie do lat 1980-tych. Zaiste - „wszech czasy”!


Buffy St.Marie i pieśń pacyfistycznego protestu, którą zapamiętałam ze wspomnianego wyżej albumu – Universal Soldier, tutaj koncertowe nagranie z 2019:



Z albumu Buffy St.Marie, który kiedyś miałam (It's My Way!), wyszukałam w sieci jeszcze jedną balladę, tym razem dla odmiany narkotykową, opartą na doświadczeniu uzależnienia od kodeiny, które stało się udziałem artystki po kuracji z powodu zapalenia płuc. Oto przejmujące ostrzeżenie - Cod'ine:




22.04.2021

 

 

.

A więc, jak założyłam, a tu – mały szok!


A więc, jak założyłam [Sacrum, profanum, pop-kultura], wyłączyłam się wielkopostnie z muzyki zarówno popularnej, jak i klasycznej, tym razem - inaczej niż rok temu [Postny post] [Top Seven] - starając się przeżywać przedwielkanocny czas w ciszy, czekając na to, co ten czas sam mi przyniesie. No i przyniósł - muzykę. I to muzykę - protestu. Lewacką - do tego. Z czasów około hipisowskiej rewolucji kontrkulturowej. O której - w aspekcie muzyki protestu - dotychczas w swoich muzycznych reminiscencjach nie wspomniałam, pisząc raczej o piosenkach bardziej miłosnych niż buntowniczych [Chodzi mi po głowie].


I tak, kiedy cisza przedwielkanocna stawała się we mnie zbyt jałowa, łamałam ją głównie jedną piosenką, zupełnie nie religijną, puszczaną na całe mieszkanie, która to piosenka stanowi rockowe nostalgiczne requiem dla skonfederowanych stanów amerykańskiego Południa z okresu wojny domowej, a który to świat był mi w młodości równie bliski [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej], jak czasowo bliższy świat dzieci kwiatów. Taki mały paradoks.


Buntowniczy z natury kanadyjski zespół The Band nagrał w roku 1969 tę wyjątkową w ich repertuarze nostalgiczną elogię dawnego amerykańskiego Południa, z której teraz tłumaczą się - w duchu politycznej poprawności wymagającej klękania przed czarnym kolorem skóry - mimo że tekst mówi jedynie o losie pewnej białej rodziny, która ucierpiała w wyniku domowej wojny. Twórca tekstu Robertson zdystansował się nieco od obrazu konfederatów nakreślonego w jednej ze swoich najsłynniejszych piosenek „The Night They Drove Old Dixie Down”. Jesienią 2019 roku powiedział podczas wywiadu w radio SiriusXM, że wpadł na pomysł utworu podczas wizyty u rodziców kolegi z zespołu, Levona Helma, na Południu Stanów: „Próbowałem napisać piosenkę, którą jak sądziłem Levon mógłby zaśpiewać lepiej niż ktokolwiek na świecie. To wszystko. Tylko tyle dla mnie znaczyła”.


O wiele dalej poszedł inny wykonawca: urodzony w 1993 roku Early James postanowił w zeszłym 2020 roku - w ramach modnego kłaniania się czarno-skórym - zaśpiewać ten utwór prowokacyjnie zmieniając niektóre jego słowa, w tym całe zakończenie [źródło]:



Tekst oryginalny:

Tekst po-czerniony:

Like my father before me, I'm a working man / And like my brother before me, I took a rebel stand / Oh, he was just 18, proud and brave / But a yankee laid him in his grave / I swear by the blood below my feet / You can't raise a Cane back up when he's in defeat.

Unlike my father before me, who I will never understand / Unlike the others below me, who took a rebel stand / Depraved and powered to enslave / I think it’s time we laid hate in its grave / I swear by the mud below my feet / That monument won’t stand, no matter how much concrete.



Tak więc mamy poprawnościową ciekawostkę polegającą na poprawianiu historii, obejmującym poprawianie piosenek. Ja jednak pozostaję przy wersji pierwszej, oryginalnej, do tego w wykonaniu zazwyczaj buntowniczej Joan Baez, które jednak brzmi nie tak znowu buntowniczo, i zdecydowanie bardziej słodko i komercyjnie niż chropawe autorskie nagranie zespołu The Band. Zamieszczam więc moje ulubione „The Night They Drove Old Dixie Down” z kronikarskiego obowiązku, dalej dokumentując swoje muzyczne wspomnienia i reminiscencje, skoro muzyka ciągle chodzi mi po głowie [tekst i tłumaczenie]:





Robbie Robertson po 50 latach tłumaczy się z napisania piosenki będącej nostalgiczną pochwałą heroizmu konfederackiego Południa pokonanego w starciu z unionistyczną Północą:




11.04.2021

 

 

.