Nie chciałam, ale samo tak wyszło. Na przykład: zaczęłam pisać notkę o pewnym przeboju Roda Stewarta, a tymczasem najwięcej w tamtym tekście napisałam o Dawidzie Bowie, co zresztą dało początek dłuższemu cyklowi poświęconemu tej postaci, który to cykl - jak sądziłam – w końcu szczęśliwie zamknęłam. A tutaj proszę! - oto kolejna moja notka, o czymś całkowicie innym [Perfect Day], przy okazji której gdzieś w tle znienacka z przeboju Lou Reeda wyskakuje - kto? - tak, David Bowie! Okazuje się, że był on producentem pierwszego nagrania przeboju Reeda, sam grał w nim na instrumentach klawiszowych, a w późniejszej grupowej wersji utworu jest jednym z bardziej eksponowanych wykonawców.
I tak od ponad dwóch miesięcy co raz wyskakuje mi to tam, to tu zmarły cztery lata temu Bowie, którego fanką nigdy w przeszłości nie byłam, a którego młodzieńcze przebieranki i malowanki z czasem zaczęły mnie nawet mierzić. Natomiast już prawie pół wieku temu spodobał mi się jego jeden album, z którego do teraz na dobrą sprawę w mojej pamięci pozostała - głównie ze względu na słowa - tylko jedna piosenka, ta o duchowej miłości. Wspomniałam ją w krótkiej notce na początku marca obecnego roku [Rok 1973] i od tej duchowej miłości wszystko się zaczęło. Od jednej notki poświęconej Bowiemu, do notki drugiej, trzeciej, czwartej i piątej, sprawa rozrosła się i stała się tak eschatologicznie poważna, że postanowiłam teraz najważniejsze z tych wszystkich notek zebrać i zamknąć w jednym cyklu, z konopiami w tytule. Może to jakoś Dawida uspokoi.
Bowie nagrał ten album w 1972, a ja w peerelowskiej rzeczywistości odkryłam go - i zakupiłam nagrany na kasetę - w moim pamiętnym roku następnym. Lato 1973. Pamiętam. Towarzyszyły mi wtedy wszystkie utwory z The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, ale po latach najchętniej wracam do tego, stosunkowo prostego - Soul Love:
Inspirations have I none / Just to touch the flaming dove / All I have is my love of love / And love is not loving
Soul Love:
Stone love, she kneels before the grave A brave son, who gave his life To save the slogans That hovers between the headstone and her eyes For they penetrate her grieving
New love, a boy and girl are talking New words, that only they can share in New words, a love so strong it tears their hearts To sleep through the fleeting hours of morning
Love is careless in its choosing Sweeping over cross a baby Love descends on those defenseless Idiot love will spark the fusion Inspirations have I none Just to touch the flaming dove All I have is my love of love And love is not loving
Soul love, the priest that tastes the word and Told of love, and how my God on high is All love, though reaching up my loneliness evolves By the blindness that surrounds him
Love is careless in its choosing...
I jeszcze inna próbka z tego samego albumu, utwór o wiele bardziej gęsty, który wtedy chyba był mi muzycznie bliższy, ale który treściowo zrozumiałam chyba dopiero niedawno:
Nic na to nie poradzę. W młodości fascynowali mnie hipisi - ich ideologia, muzyka, filmy wyrosłe z tamtego klimatu. Dzisiaj, z perspektywy czasu, jestem skłonna uznać, że uległam modzie, za którą stała zachodnia lewacka propaganda oraz kontrkulturowa czy wręcz antykulturowa indoktrynacja.
Naćpane dzieci kwiecistej wegetacji już mnie nie pociągają, ale fascynacje muzyczne z tamtego czasu pozostały w pamięci i czasami powracają, co ostatnio znajduje odbicie w moich muzycznych notkach. Całkiem inna, dwukrotnie od tamtych czasów nawrócona, staram się również w idolach tamtych lat – tych, których nie dopadło śmiertelne przedawkowanie - szukać zmian postaw, zapatrywań, przekonań. I zdarza się, że znajduję.
Ostatnio wspominałam o Cat Stevensie i jego nawróceniu na islam już w końcu lat 1970-tych. Stevens sam przyznaje, że zagłębienie się w religię uratowało go jako człowieka, wyrywając z zabałaganionego życia napędzanego narkotykami.
Czytam, że z kolei Rod Stewart, swego czasu daleki od religii, po kolejnych formalnych i nieformalnych związkach zawiązywanych na lewo i prawo, pod wpływem ostatniej ze swoich żon ustatkował się i powrócił do praktykowania wiary w prezbiteriańskim Kościele Szkocji.
David Bowie [Rok 1973], podobnie jak całe pokolenie wyrosłe z permisywizmu zapoczątkowanego przez kwiecistą rewolucję lat 1960-tych, od zawsze poszukujący jakiegoś transcendentalnego wymiaru rzeczywistości, ale też śmiało eksperymentujący z narkotykami i seksem, wraz z wiekiem sporządniał, założył normalną rodzinę, i zrobił swego rodzaju coming-out jako zwyczajny heteroseksualny facet. O swojej domniemanej biseksualności, którą epatował na początku kariery, mówi, że był to pomysł na sceniczny image, wyrosły z powszechnego w kręgach artystycznych w tamtych czasach klimatu bawienia się seksualnością.
Posłuchałam ostatnio kilku wywiadów Davida Bowie i zakochałam się w jego niesamowicie lekkim - autoironicznym - poczuciu humoru [krótkie próbki][dłuższy wywiad]. Zapamiętałam między innymi opowiastkę o tym, jak to ostrzegł nastoletniego syna, który chciał gdzieś z nim wyjść do miasta, że dopóki nie doprowadzi włosów do porządku, to będzie wstydził się z nim gdziekolwiek pokazać. Syn miał po prostu włosy pomalowane na jakiś wściekły kolor. Zupełnie jak tatuś. Kiedy był młody.
Natomiast autor niezliczonej ilości przebojów, muzyczny król epoki disco, Barry Gibb z Bee Gees [wywiad], obecnie siwy pan po siedemdziesiątce, na pytanie o swoje największe życiowe osiągnięcie odpowiada bez zastanowienia: żona, rodzina, dzieci, wnuki. Dodając: tylko to się liczy.
I to byłoby na tyle.
We are sailing, we are sailing / Home again 'cross the sea / We are sailing stormy waters / To be near you, to be free / Oh Lord, to be near you, to be free
Rod Stewart (1975):
Sailing
I am sailing, I am sailing Home again 'cross the sea I am sailing, stormy waters To be near you, to be free
I am flying, I am flying Like a bird 'cross the sky I am flying, passing high clouds To be with you, to be free
Can you hear me, can you hear me Through the dark night, far away? I am dying, forever crying To be with you, who can say
Can you hear me?
Can you hear me, can you hear me Through the dark night far away? I am dying, forever crying To be with you, who can say, who can say
We are sailing, we are sailing Home again 'cross the sea We are sailing stormy waters To be near you, to be free
Oh Lord, to be near you, to be free Oh my Lord, to be near you, to be free Oh my Lord, to be near you, to be free Oh Lord
Freddiego Mercury poznałam bliżej dzięki jego śmierci. Przedtem nie za bardzo interesowałam się ani nagraniami, ani występami, ani występkami Queenów. Jednak bardzo poruszyła mnie śmierć frontmana tego zespołu, a ściślej mówiąc informacje o jego życiu zanim umarł. Pokręcone, zabałaganione, w moim odczuciu – zmarnowane w sensie moralnym. Tak bardzo żal mi się go zrobiło, że przez wiele miesięcy gorąco modliłam się w intencji jego wiecznego odpoczynku w wiecznej światłości, czyli krótko mówiąc o jego zbawienie w Jezusie Chrystusie, ponieważ tylko takie zbawienie znam, mimo że z urodzenia, wychowania i własnych wyborów Mercury wydawał się nie mieć nic wspólnego z Mesjaszem z Nazaretu. Intensywnie wsłuchiwałam się też wtedy w różne nagrania zmarłego. Poznałam je i już znam je, ale nie pozostały one w mojej pamięci jako utwory w jakiś sposób dla mnie ważne. Człowiek jednak pozostał – ważny. Człowiek z pierwszych stron mediów. Człowiek i jego los – po tamtej stronie.
Teraz w podobny sposób wszedł mi za skórę David Bowie, który zresztą bardzo zaskoczył mnie po śmierci lidera Queenów, odmawiając na estradzie na klęczkach Ojcze nasz podczas koncertu poświęconego pamięci Freddiego Mercury (tutaj: wideo i komentarz), więc teraz nie pozostaje mi nic innego, jak poznawać jego życie i twórczość, i – czy on tego chce, czy nie – modlić się za niego. „Mój” Bowie to jest jedynie okres jego kreacji pod tytułem Ziggi Stardust, o czym już wspominałam w innej notce [Rok 1973]. Natomiast jego późniejsza twórczość działa się już obok mnie. Potem poruszyła mnie agencyjna wiadomość o jego śmierci - jako odejściu jeszcze jednej osoby znanej z mediów, powiązanej ze mną pokoleniowo i bliskiej dzięki kilku dawnym utworom, pewnie nie najważniejszym w jego całym dorobku twórczym. Teraz, cztery lata po jego śmierci, dzięki moim obecnym muzycznym notkom, wróciłam do dawnego Davida Bowie, i tak szukając informacji w internecie, od jednego wyniku wyszukiwania do drugiego wyniku, zaczęłam głębiej wchodzić w jego życie. I twórczość. I śmierć. Przede wszystkim jednak - w życie/śmierć, ponieważ czuję, że on również nie zostanie moim nowo odkrytym idolem artystycznym, głównie dzięki temu, że ja z zasady - poza chwilowymi fascynacjami - nie mam stałych idoli, natomiast artystycznie podobają mi się jedynie wybrane utwory czy dzieła, które kiedyś bardziej niż inne do mnie przemówiły, i w wypadku Bowiego już zawsze będzie to jakiś dawny Ziggi. Natomiast moja troska o wieczność twórcy Ziggiego – właśnie się zaczęła.
Że cztery lata po czyjejś śmierci to trochę za późno? Nie sądzę, bo wieczność nieco inaczej się mierzy. I tak za duszę Mieszka Pierwszego zaczęłam modlić się prawie tysiąc lat po jego śmierci. I nie tylko za Mieszka, ale za wiele innych zmarłych osób powszechnie znanych nie tylko z pierwszych stron współczesnych gazet, z estrad i ekranów, ale też z podręczników historii: polityki, odkryć, wynalazków, literatury, sztuki, religii – które w jakiś szczególny sposób zamieszkały w moich myślach. I w sercu. Jak choćby mój brat Ötzi sprzed pięciu tysięcy lat [Mam 1000 lat]. A teraz David Bowie [Navigare, czyli sailing]. Człowiek!
David Bowie - Łazarz (2015). Utwór z pożegnalnej płyty Blackstar, nagranej kilka miesięcy przed śmiercią, z pełną świadomością, że przegrywa walkę z nowotworem, że umiera:
Lazarus
Look up here, I'm in heaven I've got scars that can't be seen I've got drama, can't be stolen Everybody knows me now
Look up here, man, I'm in danger I've got nothing left to lose I'm so high it makes my brain whirl Dropped my cell phone down below Ain't that just like me?
By the time I got to New York I was living like a king There I'd used up all my money I was looking for your ass This way or no way You know, I'll be free Just like that bluebird Now, ain't that just like me? Oh, I'll be free Just like that bluebird Oh, I'll be free
Kiedyś wyjaśniłam, dlaczego pewnie nie będę pisać powieści:
Dlaczego ludzie czytają powieści? Odpowiem odpowiedzią ekstremalną, najdalej idącą, najbardziej bolesną: ponieważ są hienami. Ponieważ tak bardzo lubią książki, że muszą je pożerać, przy okazji pożerając autorów książek. Byle nasycić swój czytelniczy głód, byle zaspokoić nałóg czytania.
Czy warto dla takich ludzi pisać? Ha, nie warto. Ale: piszący, aby pisać, również stają się hienami, pożerającymi wokół wszystko, co może pomóc zapełnić puste kartki kolejnych powieści. Zamiast żyć, żywią się życiem. Swoim i cudzym. I tak toczą się te książkowe krwawe łowy, taniec drapieżców: powieściopisarstwa z powieścioczytelnictwem. - Czy warto wchodzić w ten drapieżny świat? [Taniec drapieżców]
W nawiązaniu do wczorajszej notki [Czy w modlitwie pamiętasz o Mieszku Pierwszym?] oraz do komentarza pewnej osoby (czy warto modlić się za zmarłego Freddiego Mercury lub Dawida Bowie), przytoczyłam powyżej swoją dawną myśl, która w tym kontekście znowu przyszła mi na myśl. Świat muzyki rządzi się w dużej mierze podobnymi mechanizmami, jak opisane drapieżnictwo literackie. My, odbiorcy wysysamy z artystów soczystą posokę naszej przyjemności słuchania ich muzyki, oglądania ich filmów, czytania ich tekstów. Więc: warto pamiętać, że jeśli mamy jakiś zmysł i poczucie moralne, jesteśmy im – moralnie – winni coś więcej niż tylko współudział w opłacaniu ich tantiem. Niezależnie od tego, jakie życie artyści za życia prowadzili, i niezależnie od tego, w jakim stopniu zafajdane byty niektórych z nich napędzały tę twórczość. A wręcz – całkiem odwrotnie. Ponieważ korzystaliśmy z tego błotka, w którym ten czy tamten twór artystycznego talentu powstał. [Ars longa, vita aeterna]
Zapraszam teraz do podróży w górę rzeki czasu. Oto muzyczny podpis (signature song) Davida Bowie, czyli utwór wyraźnie z nim kojarzony, tutaj - w trzech odsłonach. Na początek jeden z ostatnich publicznych występów Dawida Bowie, jedenaście lat przed śmiercią, kiedy zaczęły się jego zdrowotne problemy, wtedy – z sercem [źródło]:
W przedostatniej notce w tym cyklu przedstawiłam mały, ale - według mnie - ważny szczegół, na który warto jeszcze raz zwrócić uwagę: Ojcze nasz wykonane? / odmówione? przez Davida Bowie na scenie w trakcie pewnego koncertu:
"Teraz w podobny sposób wszedł mi za skórę David Bowie, który zresztą bardzo zaskoczył mnie po śmierci lidera Queenów, odmawiając na estradzie na klęczkach Ojcze nasz podczas koncertu poświęconego pamięci Freddiego Mercury [video i komentarz], więc teraz nie pozostaje mi nic innego, jak poznawać jego życie i twórczość, i – czy on tego chce, czy nie – modlić się za niego." [Czy w modlitwie pamiętasz o Mieszku Pierwszym?]
Linkowany w moim tekście komentarz do tego wydarzenia pochodzi z katolickiego portalu Aleteia i odzwierciedla również moje poglądy na czynienie odniesień do symboli katolicyzmu/chrześcijaństwa przez gwiazdy muzyki pop czy rock. Artykuł jest w języku angielskim, tutaj zacytuję jedynie jego zakończenie w szybkim tłumaczeniu na polski:
Ale artyści pokazują nam tylko to, co chcą, abyśmy zobaczyli, a to oznacza, że wiele rzeczy jest często ukrytych. Być może właśnie za takich jak David Bowie i tak wielu artystów popowych jak on, my w kościele będziemy się modlić przed Najświętszą Eucharystią: „Pamiętaj o tych, którzy umarli w pokoju Chrystusa i wszystkich umarłych, których wiara jest znana tylko Tobie.”
Modlitwa, o której wspomina autorka, to druga Modlitwa eucharystyczna o tajemnicy pojednania, wspominająca tych, którzy umarli w Chrystusie oraz zmarłych, których wiarę znał tylko Bóg: „Przyjmij do swego Królestwa naszych braci i siostry, którzy zasnęli w Chrystusie, i wszystkich zmarłych, których wiarę jedynie Ty znałeś”.
"modlitwy wstawiennicze za zmarłych podkreślają wspólnotowy wymiar modlącego się Kościoła, akcentują umieranie w pokoju z Chrystusem i wspólne przebywanie zmarłych ze świętymi. Modlitwy wstawiennicze mają zatem charakter wybitnie eklezjalny, bo dotyczą zarówno wierzących, będących członkami widzialnego Kościoła, jak i tych, których wiara znana jest tylko samemu Bogu." - Ks. Jan Decyk, Obraz śmierci człowieka w posoborowej liturgii.