Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą było-minęło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą było-minęło. Pokaż wszystkie posty

Autobiografia: autoportret, autoterapia, autokreacja

 

Coś najpierw robię, żeby dopiero potem nabyć wiedzę na temat tego, co zrobiłam, i to głównie po to, żeby wiedzieć, że dane doświadczenie miało sens. Tak to na ogół wygląda. Wiedzę o życiu czerpię więc z praktyki życia, teoria natomiast jest mi dawana później, głównie po to, żeby siebie i życie zrozumieć. Czy wszystko, co w życiu robię ma sens? W pewnym sensie tak, chociaż nie zawsze potrafię pojąć, po co te różne doświadczenia zdarzały mi się po drodze do wiadomego ostatecznego celu, a co kiedyś podsumowało mi się w takich słowach:


Alice


Back alleys

Black alleys


All walks of life


Dead ends

which

Death ends


(don't ask me why)


©prowincjałka


Na przykład w chwili obecnej po raz kolejny doświadczam tego, że wiedza przychodzi do mnie dopiero po doświadczeniu. Najpierw bowiem przez piętnaście lat ot-tak-sobie spisywałam na blogu swoje życie, z czasem zaczynając przeczuwać, że to ma sens. Jednak dopiero teraz - patrząc wstecz, w teraz, i w przyszłość - zaczynam pełniej rozumieć porządkujące i terapeutyczne znaczenie tej czynności [PostScriptum. Tagi, tagi].


Z poniżej zamieszczonych fragmentów opracowań naukowych na temat różnych aspektów twórczości autobiograficznej, które teraz z ciekawości przejrzałam, pewnie najlepiej zapamiętam ten cytat: „Bardzo łatwo jest napisać złą powieść, ale bardzo trudno napisać złą autobiografię” - Philippe Lejeu. Bardzo więc dobrze, że nie potrafię, nie chcę i nie tworzę fikcyjnych fabuł, gdyż zmniejsza to znacznie ryzyko stworzenia czegoś złego.


Czytam też, że stale wzrasta zainteresowanie pisarstwem non-fiction, w tym literaturą dokumentu osobistego, czego przyczynę należy upatrywać między innymi w znudzeniu dotychczasową formą powieści, w tabloidyzacji mediów i kultury, a także w rozwoju mediów społecznościowych, co może tylko cieszyć staruszkę, taką jak ja, że niechcący jest aż tak trendy. I dalej dowiaduję się, że twórczość autobiograficzna obejmuje wiele zagadnień (pakt autobiograficzny, postawa autobiograficzna, dziennik, pamiętnik, autoportret). Może też być formą autoterapii: „Z leczniczych właściwości pisania o sobie zdawali sobie sprawę już twórcy starożytni (m.in. Marek Aureliusz), a wielu pisarzy świadomie wykorzystywało w swoich utworach osobiste doświadczenia, by się z nimi uporać. Jednak dopiero współczesność wykorzystała autobiografię jako regularną formę terapii.” [źródło]


*


Pamiętam, że w trzeciej klasie szkoły podstawowej mieliśmy za zadanie ułożyć krótkie opowiadanie z morałem. Coś tam wymyśliłam, ale żaden morał nie przychodził mi do głowy. W sukurs przyszła mi wtedy moja pedagogicznie wykształcona moralna Mama i podpowiedziała zgrabną konkluzję wpisaną w zakończenie historyjki. Obecnie prawie każda z moich autobiograficznych opowiastek posiada coś, co z angielska nazywam the bottom line, czyli jakby końcową linijkę, rodzaj podsumowania, w przypadku moich tekstów zawierającego pewnego rodzaju akcent umoralniający, który napisało - samo życie.


Kiedy w dzieciństwie, dwa lata po szkolnej przygodzie z pisaniem fikcyjnego opowiadania, zaczęłam sama z siebie pisać autentyczny pamiętnik, zobaczył to mój socjologicznie wykształcony próżny Tata, i od razu zrobił mi wykład, żebym pisała tak, aby można było ten pamiętnik kiedyś gdzieś opublikować, co miało taki skutek, że przestałam pisać w ogóle, aż do czasu, kiedy w wieku przedemerytalnym los zaprowadził mnie do salon24.pl. A tutaj od notki do notki, chcąc nie chcąc robię to, co doradzał mi Tata: piszę tak, żeby można było to opublikować, a co więcej - od razu publikuję [Patrz mi w oczy, kiedy mówię].


Tak więc kiedy poetka Ewa Filipczuk, zamieszczająca tutaj swoje wiersze (Bywałam w otchłani i w piekle, ale po co pamiętnik ma o tym wiedzieć? / Piszę wierszem tę prozę, żeby były szczeliny. - z wiersza Autobiografia) czasami wyrazi uznanie dla jakiegoś mojego tekstu, za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć w stylu zamieszczonego wyżej cytatu Philippe Lejeu, dodając, że ja (próżna i moralna) trzymam się jedynie nauk wyniesionych z czasów podstawówki: ma być do publikacji, i ma mieć morał.





Dodane zdjęcia: Be Yourselfie, lipiec 2024
Przy okazji, motyw lustra: [Lustracja, lustracja]
Przy okazji, rozdział ostatni: [2023. Pierwsza młodość]


►„Literaturoznawca postrzega autobiografię jako tekst kultury, który – odrzuciwszy na dobre podejście strukturalistyczne – należy poddawać analizie z uwzględnieniem uwarunkowań biograficznych autora. Socjolog w konstrukcji autobiografii dostrzeże sposób konceptualizacji jednostkowego doświadczenia, charakterystyczny dla danego społeczeństwa, żyjącego w określonych warunkach i czasie. Psycholog skłonny jest traktować ją jako materiał diagnostyczny, odsłaniający – przynajmniej częściowo – podświadome emocje i motywacje piszącego, a także jako formę psycho- lub autoterapii. Pedagog dostrzeże potencjał tworzenia narracji o samym sobie jako narzędzia wspomagającego rozwój jednostki, szczególnie w okresie, gdy może ona otoczyć refleksją a posteriori swoją życiową drogę. [podkreślenia moje]” (Joanna Bierejszyk - Dojrzewanie do siebie przez autobiografię)


►„Aktywności związane z tekstem, takie jak pisanie lub czytanie, są wykorzystywane bardzo często jako element terapii w trudnych sytuacjach egzystencjalnych. Tworzenie tekstu lub odtwarzanie go w czytaniu spełnia kilka istotnych funkcji: po pierwsze, funkcję fizjoterapeutyczną (np. terapia ręki poprzez pisanie przy doznanym paraliżu); po drugie, funkcję psychoterapeutyczną (np. pisanie ekspresywne, które prowadzi m.in. do przedstawienia, oswojenia i w konsekwencji wyzbycia się traum lub traumatyzujących doświadczeń); po trzecie, funkcję terapii tożsamościowej, pozwalającej połączyć przerwane wątki narracji o sobie np. w doświadczeniu afazji; po czwarte, funkcję memoterapii w przypadku schorzeń, które prowadzą do zaniku i ostatecznie utraty pamięci; po piąte, dość specjalistyczną funkcję zapobiegania hermeneutycznemu wykluczeniu poprzez przystąpienie do wspólnoty piszących” (Klaudia Muca -Tekst jako terapia. Humanistyka medyczna i badania nad reprezentacjami doświadczeń we współczesnej polskiej kulturze literackiej)


►„Naukowcy nie są zgodni co do tego, jak sklasyfikować tę terapię. Dla jednych, terapia wspomnieniowa jest jedną z technik w arsenale środków biblioterapeutycznych. Ci badacze wprowadzili nawet nowy termin - biblioterapia reminiscencyjna. Dla innych natomiast terapia reminiscencyjna jest odrębną formą terapeutyczną. Wydaje się, iż w tej dyskusji więcej argumentów przemawia za odrębnością terapii wspomnieniowej od biblioterapii, gdyż definicje biblioterapii wskazują jako główny środek terapeutyczny czytelnictwo.” (Krzysztof Samela - Autobiografia)


►„Opowiadanie o życiu, rekonstrukcja własnej biografii zakłada zatem proces autokreacji, kształtowania siebie, ale także ciągłego poszukiwania, odkrywania nowych wartości i znaczeń. Kształtowanie opowieści, a także jej przekształcanie będące efektem refleksji, może być jednym ze sposobów przyczyniających się do rozwoju osobowego człowieka w ciągu życia, pozwala na twórcze kształtowanie własnego życia i spełnienie. Przekraczanie dotychczasowych sposobów doświadczania świata, przełamywanie sztywnych wzorów interpretacyjnych umożliwia bowiem pomyślne przechodzenie przez kryzysy i momenty przełomowe. Pozwala na wielopoziomowy rozwój osoby, integrację wewnętrzną i uzyskiwanie poczucia spójności.” (Kamila Lasocińska - Autobiografia jako autokreacja. Twórcze aspekty procesu myślenia autobiograficznego w edukacji dorosłych)


►„Współcześni teoretycy skłonni są określać autobiografa jako „narratywistę” czy też „diachronika”, a więc kogoś, kto niejako wyprowadza wzór swojej osobowości z ogółu empirycznych danych, na które składa się jego rozciągnięte w czasie życie. Roma Sendyka, za Andrzejem Zawadzkim, łączy taką postawę z tradycją „nowożytnoeuropejskiego myślenia”, aktualizującą się „od Kartezjusza po fenomenologię Husserla”. Wiąże się z nią poczucie homologicznej jedności podmiotu piszącego autobiografię, autobiograf powiada bowiem: „wiem, kim jestem, dlatego mogę sam siebie opisać”. (Artur Hellich - Problem czasu i tożsamości w eseju autobiograficznym...) 



30 lipca 2022


29 czerwca 2026 - POST SCRIPTUM: [Be Yourselfie]


.

PostScriptum 7. Tagi, tagi

  

1. rzeczy pierwsze: piszę siebie, robię swoje (30 notek)

genesis: Na początku był przypadek, który zaprowadził mnie na portal salon24.pl, a potem zaczęło się blogowanie: od podstaw, jeśli idzie o technikę, i od serca, jeśli o tematykę idzie. Kto ciekaw, co z tego wyszło, niech czyta. Zamieszczone tutaj teksty pochodzą z lat 2007-2008.


2. rzeczy drugie: historie rodzinne (21 notek)

exodus: Miałam wyjść z portalu salon24.pl, tutaj podając powody, a tymczasem, dzięki jednemu z tamtejszych zaprzyjaźnionych blogerów, nie tylko zostałam, ale zaczęłam znowu pisać [Od kuchni], i to tak, że - zamiast mnie - wyszła całkiem ciekawa historia jednej rodziny i jednego życia: mojej rodziny i mojego życia. Kto ciekaw, co się innym w życiu przydarza, niech czyta. Zamieszczone tutaj teksty pochodzą z roku 2009.


3. rzeczy trzecie: remanenty (40 notek)

deuterenomium: Przypadkiem przyszłam na portal salon24.pl, potem nie przypadkiem miałam z niego wyjść, następnie zostałam w nim przytrzymana, aż w końcu zagnieździłam się tam na dobre, dokonując remanentów pamięci i spisując rozproszone wspomnienia w formie kolejnych opowiastek z życia wziętych. Kto ciekaw, ile się tych wspomnień nazbierało, niech czyta. Zamieszczone tutaj teksty pochodzą z lat 2010 – 2011.


4. rzeczy rozproszone (35 notek)

księga kronik: Najpierw przypadkiem trafiłam na portal salon24.pl, a potem zagnieździłam się tam na wiele lat, organizując w zamknięte cykle sukcesywnie tamże spisywane życie i myśli. Kopie tekstów, które nie mieściły się w monotematyce czwartej oraz następnych edycji mojego bloga, zamykam w tej księdze. Kto chce, niech czyta. Teksty pochodzą głównie z lat 2011 – 2019.


5. pocztówki z poczekalni (40 notek)

w poczekalni: Kolorowe pisma czytuję wyłącznie w poczekalniach, najchętniej podczas oczekiwania na wizytę u fryzjera lub dentysty. Lubię przy takich okazjach nadrabiać zaległości w lekturze, by zorientować się, czym żyje naród, a przynajmniej jego znacząca, jak mi się wydaje, część. Z przeglądu kolorowej prasy wynikałoby, że jednym z ważniejszych tematów jest - sex. W czasie jednej z takich poczekalnianych prasówek przeczytałam obszerny artykuł na temat budowy waginy, ze szczególnym uwzględnieniem roli mitycznego punktu G w osiąganiu przez kobietę satysfakcji seksualnej. Pomyślałam sobie wtedy, dlaczego te pisma nie rozpisują się na temat – duszy? Jej anatomii i fizjologii? Z duszą jest podobnie jak ze sławetnym punktem G - jedne kobiety go odczuwają, inne nie; jedni mówią, że jest, inni, że nie istnieje. Duszę też nie każdy odczuwa, więc co szkodziłoby sobie o takiej duszy w kolorowym piśmie wyłożonym w poczekalni poczytać? Owszem, są osoby a-duchowe, które będą przeciwne pisaniu o czymś, czego nie doświadczają w sobie. Ale są też przecież osoby a-seksualne, co nie przeszkadza, że kolorowe pisma o życiu seksualnym szeroko się rozpisują. Dlaczego więc nie popisać trochę o władzach duszy, na przykład: rozumie i woli? O ich związkach z boskimi cnotami wiary i miłości? Czy nie można napisać od czasu do czasu o pamięci duchowej i jej powiązaniu z cnotą nadziei? Dlaczego nie podaje się w kolorowych pismach wykładanych w poczekalniach, w których czasami bywam, sposobów osiągania satysfakcji duchowej, która trwa o wieczność dłużej niż ta, którą daje najdłużej nawet przedłużany stosunek seksualny? Powie ktoś, że życia wiecznego nie ma? Poczekajmy trochę – każdy w swojej poczekalni – i zobaczymy. Każdy na własne oczy zobaczy, jak jest.


6. powieść nr 2 (35 notek)

manifest programowy: Mówi się, że dopiero druga powieść początkującego pisarza, nawet jeśli publikacja pierwszej zakończyła się wydawniczym sukcesem, ukazuje prawdziwą jakość jego lub jej pisarstwa. Pomyślałam więc, czemu nie miałabym skrócić i uprościć tej procedury, zaczynając swoją pisarską karierę od razu od powieści nr 2 - co właśnie czynię. Oto mój program. Oto mój plan pracy twórczej nad pierwszą książką. Oto wstępny wykaz zagadnień do przemyślenia: Autor. Tytuł. Okładka - strona przednia. Okładka – strona tylna. Okładka – część grzbietowa. Okładka – skrzydełka. Okładka - biogram autora. Strona tytułowa. Stopka redakcyjna. Wstęp krytycznoliteracki. Słowo odautorskie. Podziękowania. Treść – poetyka. Treść – czas. Treść – miejsce. Treść – postaci. Treść – wątki. Treść – opisy. Treść – dialogi. Treść – zawiązanie akcji. Treść – rozwiązanie akcji. Posłowie. Bibliografia. Indeks. Ilustracje. Typografia. Cena. Kanały dystrybucji. Akcja promocyjna. Adaptacja filmowa. Prequel. Sequel. Recenzje. Nagrody. Tantiemy. Do dzieła!


7.ramię w ramię (27 notek)

tak się zaczęło: 29 listopada 2010 roku, w godzinach porannych, obca osoba, występująca na portalu salon24.pl pod pseudonimem „Katarzyna Wichrowska”, salonową pocztą przesłała mi liścik. W ciągu następnych trzech dni wymieniłyśmy tą samą drogą kilkanaście krótkich listów, których treść układa się w dialog, opublikowany poniżej za zgodą mojej rozmówczyni.


8. okolicznościowo (30 notek)

memento: Od rana do wieczora okoliczności się zmieniają i wszystko prędko biegnie przed Panem. (Syr 18, 26)


9. salonowiec (23 notki)

salonomonowo: Czyli: salomonowo o salonie. Czyli: na ile to możliwe, wyważenie o portalu salon24.pl, na którym od 2007 roku zapełniam swoimi tekstami powierzchnię mojego bloga.


10. modlitewnik (96 notek)

słowo wyjaśnienia: Teksty tutaj zamieszczone pochodzą z moich notatek obejmujących lata 1982–2007 i stanowią świadectwo takiego, a nie innego przeżywania wiary. Pierwsza publikacja zamieszczonych tekstów miała miejsce na moim blogu Sola ad Solum na portalu salon24.pl. Bogu polecam wszystkich czytających - mam nadzieję, że z pożytkiem dla duszy - przedstawione tutaj refleksje. Pax.


11. fenomenologia praktyczna (34 notek)

definicja, czyli wstęp: Fenomenologia - kierunek filozoficzny postulujący poznanie empiryczne i ścisły opis zjawisk bezpośrednio danych; metoda badawcza w różnych naukach wyrosła z tego kierunku (sjp)


12. chodzi mi po głowie (17 notek)

piosenka nad piosenkami: Dawno temu słuchało się tego i owego, a teraz to i owo wraca we wspomnieniach, często jako muzyczne tło dawnych zdarzeń czy refleksji. Jako muzyczna motywacja medytacji nad tym i owym. Najpierw z rozpędu publikowanych na salon24.pl, a potem archiwizowanych tutaj. Kto lubi czasami czegoś posłuchać, coś obejrzeć, coś poczytać i o czymś pomyśleć - niech. Teksty datują się od 2014 roku i nadal się piszą.


13. rzeczy nowe (82 notki)

apokalypsis: Polubiłam pisanie, a pisanie polubiło mnie. Może zawsze mnie lubiło, tylko ja przez prawie całe dorosłe życie nie dawałam mu szansy. Realizowałam się bardziej w mowie, niż w piśmie. A potem przyszła prawie starość, a z nią różne ograniczenia w wyrażaniu myśli w mowie. To znaczy przede wszystkim ograniczenie okazji do takiej ekspresji. Natomiast mniej więcej w tym samym czasie pojawił się szeroko dostępny komputer oraz internet. Pojawiły się fora dyskusyjne, pojawiły się blogi, i zaczęłam mówić czyli pisać w internecie. Od siebie, do siebie i dla siebie przede wszystkim, tyle że na głos, czyli publicznie. Brudnopisy nadal zapisuję na salon24.pl, czystopisy zamieszczam tutaj. Kto ma oczy do czytania i uszy do słuchania - niech czyta i słucha. Zamieszczone teksty się piszą od 2020 roku.


14. rzeczy inne (24 notki)

apokryfy: Najważniejsze, jak sądzę, już napisało się. Od roku 2007 na swoim blogu najważniejsze już zapisałam. Tak sądzę dzisiaj. Ale piszę nadal, skoro nadal pisać chcę. Zamieszczone tutaj teksty zasadniczo piszą się od roku 2021.

PS. W roku 2023 tekstom odechciało się pisać, a ja nie mam w tej sprawie za wiele do powiedzenia ;)


08. 01. 2022.


RAZEM: 534 notki (aktualizacja w dniu 06.07.2024)



.

Zagraj, piękny Cyganie!


Dużo Cyganów było kiedyś w moim mieście. Mężczyźni przygrywali klientom lokali gastronomicznych, a kobiety z taliami kart w dłoniach nagabywały przechodniów na ulicach i w parkach propozycjami powróżenia. Pamiętam też dawne cygańskie tabory złożone z kolorowych wozów ciągniętych przez konie, jak przejeżdżały przez miasto i jak stacjonowały na jego obrzeżach. Teraz Cyganów już w mieście na co dzień nie ma, a pewne określone zaułki, które tradycyjnie zaludniali, zamieszkuje obecnie ludność niecygańska, co nie znaczy, że nie równie jak oni krewka. 

 

*

 

Od czasu do czasu można jednak tu i ówdzie zobaczyć charakterystyczne, wiekowo dość młode grupki, kiedy wysiadają z okazałych samochodów na rejestracjach zachodnich państw i grupowo przemierzają miasto. Starszych Cyganów, którzy kiedyś ubogacali jego koloryt, można głównie spotkać na miejskim cmentarzu, spoczywających w okazałych marmurowych grobowcach, ozdabianych równie okazałymi podobiznami zmarłych. Z kolei młodsi, przystojni i eleganccy, przyjeżdżając tutaj w odwiedziny, pewnie głównie na grobach rodzinnych, czasami przywożą ze sobą swoje zagraniczne porachunki, czego byłam nie tak dawno bezpośrednim świadkiem, mimochodem wplątana w samym centrum miasta w niespodziewaną uliczną szarpaninę z okrzykami w nieznanym języku, a zakończoną małym samochodowym pościgiem. Czułam się jak w środku gangsterskiego filmu, stojąc na chodniku w jednym miejscu, nieruchoma jak słup, jedynie wzrokiem monitorująca sytuację i wdzięczna szarżującym jak byki młodym mężczyznom, że goniąc w podskokach jedni drugich, w swoim pełnym furii pędzie tak zgrabnie i tanecznie ominęli moją osobę.


Z dawnych czasów nie pamiętam szczególnie przykrych bliższych spotkań z miejscowymi Romami, poza paroma ulicznymi incydentami z cygańskimi kobietami w barwnych powłóczystych muślinowych spódnicach, którym nie dawałam sobie powróżyć, przez co rzucały za mną jakieś swoje przekleństwa. Kiedy byłam w ostatniej klasie ogólniaka, podczas ówczesnego spisu powszechnego pracowałam jako spisowy rachmistrz, i jako taka dostałam w przydziale do spisania jeden z cygańskich rewirów, ale tam również nie odnotowałam żadnych nieprzyjemności, szczególnie że niemal od progu starałam się z każdym cygańskim domostwem wejść w dobrą komitywę, chwaląc się, że od pewnego czasu mieszkam tutaj, u klasowej koleżanki, kiedy mój ojciec - gdy tylko skończyłam osiemnaście lat - kazał mi wynająć sobie pokój poza domem, skoro mój własny dom rodzinny przestał mi odpowiadać i skoro zbuntowana ciągle miałam mu coś do zarzucenia. Honorowo poszłam więc sobie wtedy precz z domu, oczywiście otrzymując od ojca pieniądze na utrzymanie, by po kilku miesiącach do domu pokornie wrócić na Boże Narodzenie, ku wielkiej radości mojej matki, boleśnie przejętej całą tą sytuacją. Niemniej w kontaktach ze spisywanymi tuż przed Świętami Cyganami tamten incydent bardzo się przydał. U ankietowanych, których siłą rzeczy musiałam wypytywać o różne szczegóły ich życia, miałam duży plus, jako ich sąsiadka.


Jednak cygańskich muzyków w młodości nie poznałam zbyt dobrze, jako że wtedy nie bywałam w lokalach gastronomicznych, w których lubili przygrywać nie tyle do kotleta, bo o mięso było w peerelu trudno, co do wódki, za co – w uznaniu swojego muzycznego talentu – dostawali niezłe datki. Kiedy w początkowych latach transformacji ustrojowej na rynku pojawiło się mięso, a ja w związku z tym zaczęłam w lokalach gastronomicznych bywać częściej, większość naszych Cyganów już  zniknęła z miasta, za granicami kraju (na ulicach pojawili się co prawda Cyganie rumuńscy, ale oni zajmowali się jedynie nachalną żebraniną). Tak więc miałam w życiu okazję podczas konsumpcji kotleta słuchać popisów muzycznych tylko jednego z dawnych Romów, który ostał się tutaj w osobie pewnego niemłodego skrzypka. Przygarbiony, z głową mocno wciśniętą między ramiona i powłóczący nogami, on również swoim graniem nieźle zarabiał, tyle że jemu płaciło się - i to sporo - za to, żeby już nie grał i żeby sobie poszedł. Ponieważ był właściwie głuchy, nie można było mu niczego wytłumaczyć. Reagował tylko na konkretny pieniądz w dłoni. A potem nawet ten Cygan gdzieś zniknął. Raczej na miejscowym cmentarzu, niż za granicą.

Don Wasyl - Zagraj mi piękny Cyganie / Ore ore:

 

 

15.06.2021

 

 

.

Kobieta zdradziecka, mon amour


Nie pamiętam, w jaki sposób wpadłam na niego, a właściwie na parę jego piosenek, gdyż z zasady zapadają mi w pamięć właśnie konkretne utwory, a nie całość twórczości tego czy innego artysty. Zdarza się jednak, że czasami lubię przyjrzeć się sylwetce i życiu kogoś, czyje dzieło mnie akurat z tych czy innych powodów zafascynowało. Jeśli jednak idzie o osobę Pete Seegera, wystarcza mi wiedza ograniczająca się do faktu, że jest amerykańskim komunistą.


*


Nie pamiętam, żebym w czasach peerelu spotkała się z jakąś oficjalną - radiową lub telewizyjną - promocją jego osoby i jego twórczości. Również Radio Luxembourg, którego namiętnie słuchałam, też chyba nie nadawało jego utworów. Więc skąd o nim wiedziałam? Być może dowiedziałam się o nim na studiach - od moich brytyjskich czy amerykańskich wykładowców? Były to lata 1970-te i lewicowe protest songi były wtedy na topie. Być może wtedy podpowiadali nam, z jakich angielskojęzycznych piosenek można korzystać w charakterze pomocy naukowych? Może tak było?


Nie wiem, czy oprócz słuchania Seegera, czegoś o nim kiedyś, jeszcze w przed-uniwersyteckiej młodości, nie przeczytałam w pewnym bardzo trudnym w tamtych czasach do zdobycia czasopiśmie: „Drukowany w USA, przez Wydawnictwo Rządu Stanów Zjednoczonych, kolorowy miesięcznik „Ameryka" musiał być dla Polaków w latach 60. i 70. ucieleśnieniem amerykańskiego snu i źródłem marzeń o rajskim życiu na zachodzie”. Ale czy rządowe wydawnictwo Stanów Zjednoczonych, służące głównie propagowaniu amerykańskiego stylu życia, rozpisywałoby się o komuniście? O prezydencie Johnie Kennedym jak najbardziej mogłam tam przeczytać, i pamiętam, że kiedy JFK zginął w zamachu, jako jedenastolatka z własnej inicjatywy urządziłam wtedy w domu mały ołtarzyk poświęcony jego pamięci, przed którym pełniłam dobrowolną wartę – na baczność.


Ówczesnym przywódcom z mojego zakątka Europy na pewno nigdy takich honorów nie oddawałam, chociaż w szkole podstawowej i średniej zdarzało mi się chodzić na pochody pierwszomajowe, a w tej ostatniej nawet dałam zapisać się do ZMS, o czym parę lat temu z biciem się w piersi wspominałam [Felix culpa]. A na przełomie ogólniaka i studiów (sic!) prenumerowałam całkiem nie-amerykańskie, szaro-buro ilustrowane czasopismo, wydawane przez całkiem inny kraj, a zatytułowane – „Kobieta radziecka”. Prawdopodobnie poznałam je w szkole na lekcjach rosyjskiego, ale co mi się w nim tak spodobało, i czego w nim tak szukałam – zupełnie nie pamiętam. Z jakichś względów wolałam Kobietę radziecką od polskiej Przyjaciółki.


Prasę w ogóle bardzo lubiłam czytać - i to raczej nie-radziecką - więc przez wiele lat intensywnie korzystałam z instytucji pod nazwą czytelnia Empiku. Lubiłam jej klubową atmosferę z wygodnymi fotelikami i barkiem, w którym można była zamówić herbatę, a może nawet kawę, kiedy akurat była osiągalna w handlu. Lubiłam też towarzystwo innych stałych bywalców, no i szeroki wybór prasy szarej i kolorowej, w różnych językach. Po polsku tam czytałam głównie prasę literacką, a w niej uwielbiałam felietony Hamiltona, Polaka piszącego pod takim pseudonimem. Uwielbiałam też czytać polskie przedruki felietonów Arta Buchwalda, Amerykanina, ale już nie pamiętam, czy drukowała je Kultura czy Polityka. Buchwald był oczywiście dziennikarzem lewicującym, co tłumaczyłoby dlaczego peerelowska prasa publikowała go.


Jak wspomniałam, w Empiku chyba nie czytywałam żadnej prasy radzieckiej, natomiast chłonęłam gazety i czasopisma w języku angielskim, którego wtedy uczyłam się w szkole, ale również w językach francuskim i włoskim, których nie uczyłam się, i których zupełnie nie znałam, a jednak – o dziwo – chyba rozumiałam, co czytam. Były to bowiem głównie artykuły o kinie francuskim i włoskim, które wtedy kwitło, a ja w tamtym czasie byłam tak bardzo zapaloną miłośniczką dziesiątej muzy, że byłam w stanie przeniknąć te obcojęzyczne teksty, żeby tylko dowiedzieć się, co w tamtych krajach za żelazną kurtyną w kinematografii piszczy.


*


A teraz – Ladies and Gentlemen, Panie i Panowie, Уважаемые Господа – na koniec notki pod nieco zdradzieckim tytułem, a w przeddzień majowego święta pracującego ludu miast i wsi, folkowy Pete Seeger, o którym nie za wiele wiem, i o którym niczego nowego dowiadywać się nie chcę, ale który ostatnio mi się dziwnie przypomniał [A więc, jak założyłam, a tu – mały szok!]:


If I Had A Hammer, czyli – gdyby Seeger miał młotek, to waliłby nim jak świat szeroki, rano i wieczorem:

 



We Shall Overcome, czyli – Seeger mocno wierzy, że któregoś dnia oni zwyciężą:

 

 





30.04.2021

 

 

.

Trzy, dwa, jeden. Nakręcam się sylwestrowo (1/4)

 

Fajne, mówią po angielsku, uprzedzam, ale też dużo śpiewają. Liverpool, pół wieku później:





.


Trzy, dwa, jeden. Obraz podwójny, podwójne spojrzenie (2/4)


Londyn, współczesność. Ustabilizowana rodzina: on, ona, dwoje dzieci. Spokojne, szczęśliwe życie. Zbliża się Boże Narodzenie, a cały film, którego ci ludzie są częścią, żyje atmosferą przygotowań, podróży, przedświątecznych spotkań, prezentów. Ona niechcący odkrywa ukryty w kieszeni jego płaszcza zakupiony właśnie prezent: błyszczący delikatny złoty naszyjnik w płaskim kwadratowym pudełku. Cichutko z powrotem wkłada pudełko do kieszeni płaszcza męża. Za dzień czy dwa paczuszkę o tym samym kształcie owiniętą dekoracyjnym papierem znajduje pod choinką, dla niej. Udając, że nie wie, co zawiera, z uśmiechem zaciekawienia rozrywa papier: okazuje się, że to płytka kompaktowa z nagraniami Joni Mitchell, jej ulubionej piosenkarki, której teksty od lat uczą ją życia. Niepewna ogląda pudełko z płytką ze wszystkich stron. To jest wszystko.


*


Opisana scena dzieje się w filmie uważanym przez niektórych za jeden z lepszych współczesnych filmów o miłości: To właśnie miłość (Love Actually) . Za mało widziałam współczesnych filmów, żeby orzec, czy faktycznie ten film z 2003 roku jest aż tak dobry na tle innych, ale sądzę, że ta wielowątkowa opowieść o różnych miłościach może być jednym z lepszych filmów w czułych przedświątecznych klimatach, które produkowane są dość masowo, chociaż ten akurat jest dziełem ponoć z natury bardzo romantycznego Richarda Curtisa, mistrza od romantycznych komedii z prywatnie raczej mało romantycznym Hugh Grantem. O stopniu romantyczności obu panów wiem z różnych wywiadów z tym ostatnim, których lubię słuchać ze względu na angielszczyznę Granta, bardzo posh, czyli z polska – bardzo ą-ę.


To właśnie miłość jest filmem, w którym specjalną rolę grają towarzyszące bohaterom różne znane przeboje. Lubię posłuchać znanych kawałków w dobrze zrobionym filmie, więc ta miłosna opowieść również pod tym względem odpowiada mi, szczególnie, że dzięki niej przypomniałam sobie kilka zapomnianych piosenek, a wśród nich tę, która była na płytce podarowanej Emmie Thompson przez grającego jej męża Alana Rickmana:





Autorka przeboju Both Sides Now (Z obu stron), Joni Mitchell, w jednym z wywiadów mówi, że sama nie wie, w jaki sposób ówcześnie młodej 21-latce udało się napisać tak dojrzały tekst o trudnych doświadczeniach dorosłego życia, dorosłej bolesnej miłości: I've looked at life from both sides now / From win and lose and still somehow / It's life's illusions I recall / I really don't know life at all […] (patrzę teraz na życie z obu stron / na zwycięstwa i porażki i jakoś to będzie / myślą wracam do dawnych życiowych złudzeń / i widzę, że życia zupełnie nie znam) [pełny angielski tekst].


*


Prawie dwadzieścia lat wcześniej, w roku 1991, muzyczny motyw przeboju Joni Mitchell został wykorzystany w czołówce całkiem innego filmu, zabawnego i mądrego, jednak bez kontekstów świątecznych, za to w klimatach bliskich rozważaniom nad rodzajem męskim i żeńskim (po angielsku rodzaj to – gender), do których pasował tytuł i główna myśl utworu o spojrzeniu na życie i miłość – z obu stron. Komedia Switch: Trudno być kobietą (switch to - przełącznik, zamiana), nie jest pierwszym filmem w twórczości Blake Edwardsa, tego od Różowej pantery, opierającym się na męsko-żeńskiej podmiance (wcześniej był zasypany Oscarami Victor/Victoria z 1982).


Refleksyjny przebój Joni Mitchell [pełne nagranie] do klimatów sylwestrowych zarówno pasuje, jak i nie pasuje. Nie pasuje, bo nie da się przy nim poszaleć tanecznie, ale można przy nim pomyśleć refleksyjnie o życiu – przy końcu kolejnego roku naszego życia. A poza posłuchaniem można obejrzeć wspomniane filmy: lekkie, łatwe i przyjemne. I całkiem mądre.





.

Trzy, dwa, jeden. Skąd się o tym wie? (3/4)


Przebój, któremu poświęciłam poprzednią notkę [Trzy, dwa, jeden. Obraz podwójny, podwójne spojrzenie (2/4)], Joni Mitchell napisała w 1968 roku, mając nieco ponad 20 lat, i obecnie, jako stara już kobieta sama dziwi się, skąd wtedy, wchodząc dopiero w dorosłe życie, wiedziała, co może odczuwać kobieta dojrzała, doświadczona życiem i tym w gorzki sposób życiem rozczarowana. Wspomina, że natchnieniem do napisania piosenki była książka czytana podczas lotu samolotem. Bohater powieści lecący samolotem patrzył z góry na chmury, a Mitchell odłożywszy na moment zaczętą właśnie powieść też spojrzała przez okienko na chmury, nad którymi leciał jej samolot, i – od razu w samolocie napisała ten utwór.


W tym kontekście przypomina mi się sytuacja z lat 1980-tych, kiedy pracowałam jako nauczyciel w jednym z ogólniaków w moim mieście. Na zakończenie nauki każda z klas maturalnych miała przygotować króciutki popis do przedstawienie w auli szkolnej. Klasa o profilu ścisłym, w której uczyłam, jako jedyna dała popis wybitny: dojrzały, mądry, zamknięty w bardzo sprawnie odegranej scence na 4 aktorów. Wraz z koleżanką, bardzo dobrą polonistką, która uczyła ich polskiego, byłyśmy nieme z zachwytu. Był to krótki skecz, ale rzecz dotyczyła najgłębszych przesłań kultury, a literatury w szczególności, w podtekście ukazując w prostej lekkiej historyjce zagrożenia dla kultury płynące ze strony totalitaryzmów. Po zakończeniu tamtej uroczystości uczniowie tej klasy zagarnęli polonistkę i mnie na małą imprezkę w jakimś lokalu. Kiedy chwaliłyśmy ich występ, zupełnie nie wiedzieli, o co nam chodzi. Tłumaczyli, że oni po prostu musieli improwizować, bo okazało się, że jako jedyna klasa niczego nie przygotowali, a nie chcieli się kompromitować. Więc wyszli i odegrali „coś na temat literatury”. Jeden uczeń coś powiedział, drugi coś dodał, trzeci spuentował, czwarty się dołączył. Dziesięć minut geniuszu.


Podobnie powstał wspomniany przebój Joni Mitchell Both Sides Now (1968), tak powstała genialna Eleonor Rigby (1966) Beatlesów, w podobny sposób Rolling Stonesi stworzyli As Tears Go Bye (1964). Bo skąd tamci rozkrzyczani rozrywkowi chłopacy mogli wiedzieć, co czuje starzejąca się, czy wręcz stara samotna kobieta, stary samotny człowiek.


Paul McCartney brzdąkał coś na pianinie, kiedy przyszła mu do głowy fraza muzyczna i fraza słowna - o kobiecie zbierającej z kościelnej podłogi ryż po ceremonii ślubu. Kilka dni później w głowie muzyka pojawiła się kolejna fraza – o księdzu samotnie cerującym sobie nocami skarpetki. A jeszcze później cały zespól dorzucał jakieś drobne tekstowe pomysły do następnych zwrotek, i tak powstało małe arcydzieło: Eleanor Rigby / Picks up the rice in the church where a wedding has been / Lives in a dream / Waits at the window / Wearing the face that she keeps in a jar by the door / Who is it for?





Z kolei ówczesny menadżer Rolling Stonesów podobno zamknął Jaggera i Richardsa w kuchni i zagroził, że nie wyjdą, dopóki nie napiszą wspólnie piosenki, stawiając jako jeden z formalnych warunków, że nie ma być tam nic o seksie. Jako pierwsza tę barokowo-rockową perełkę wykonała Marianne Faithfull, bez jednego słowa o seksie: It is the evening of the day / I sit and watch the children play / Smiling faces I can see / But not for me / I sit and watch / As tears go by.





.

Trzy, dwa, jeden. Zero (4/4)


Pod pierwszą z niedawnych przed-sylwestrowych notek [Trzy, dwa, jeden. Nakręcam się sylwestrowo (1/4)] napisałam w odpowiedzi na komentarz, że czuję, że będę w tym roku sylwestrowo smęcić, i że nic na to nie poradzę, jako że to pisanie mną kieruje, a nie ja nim. No i dzieje się – smęcę [Trzy, dwa, jeden. Obraz podwójny, podwójne spojrzenie (2/4)] [Trzy, dwa, jeden. Skąd się o tym wie? (3/4)].


Tak mnie pisanie nakręciło, tak mnie pisanie poprowadziło, że doprowadziło mnie do zera, czyli – wyzerowało mnie. Nie pierwszy raz zresztą. Już 12 lat temu - w 2008 roku - napisałam o tym logicznym ciągu w moim życiu, kończąc tekst wezwaniem:


„Zadanie swego życia rozwiązałam i zgadzam się na wyzerowanie mnie. Niewykluczone, że ceną dojścia do tego wyniku jest obecna agorafobia. Stałam się bowiem więźniem matematyki. Jestem więźniem linii. Jedyna nadzieja w Tym, który wyprowadza na wolność - na bezkres nieskończoności. Moja nadzieja w Tym, który już nie jeden raz mnie uzdrawiał. Teraz Twoja kolej, Panie. Trzy, dwa, jeden, zero. Start!” [Trzy, dwa, jeden, zero]


Obecne moje pisanie około-Bożonarodzeniowe i około-Sylwestrowe, które podpowiedziało mi, żebym użyła w tytułach ostatnich notek ciągów cyfr 1-2-3/3-2-1 niechcący i nieodwołalnie doprowadziło mnie znowu do - zera. Przypominam więc sobie tamtą notkę, i przypominam sobie zacytowaną w niej ciekawą myśl na temat zera:


Zero to poważny i trudny problem historyczno -naukowo -dydaktyczno -filozoficzny. Historyczny dlatego, że do tej pory nie ustalono zbyt dokładnego przedziału czasowego w którym pojawiło się zero. Naukowy dlatego, że należy określić pojęcie zera jako liczby a nie tylko znaku cyfry, a to wymaga wcześniejszego określenia samego pojęcia liczby. Dydaktyczny z powodu sposobu i miejsca wprowadzenia liczby zero w nauczaniu szkolnym. Zaś filozoficzny dlatego, że chociaż zero jest niczym to ma ścisły związek z wszystkim. (źródło)


tak sobie dzisiaj myślę


mówisz, że bardzo trzymasz się życia

mówię, że bardzo trzymam się śmierci


jeszcze i już


dwie strony tej samej monety

dwie strony tego samego księżyca


mieszkamy na tej samej planecie


ciemna strona

strona jasna


gra światła

gra cienia


światło zacienia się

cień się rozświetla


wypuściłam wszystko z rąk

już


niedziela, 22 maja 2011


©prowincjałka



.

Raz, dwa, trzy. Zaczynam świąteczne porządki (1/4)


Moje rekolekcje. Równe 3 tygodnie przed Wigilią. Przed nami - Boże Narodzenie. Wypłynęłam i już płynę. Jeszcze nie wiem dokąd i jak - dopłynę. Ale w duszy już mi gra. Złapałam Wiatr w żagle. Start:


Alison Moyet - w tym wideo klipie - wybrała "najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona" (Łk 10, 42). Jako i my - w Adwentowym zabieganiu - czyńmy:


 

 


NASTĘPNY ODCINEK ROZWAŻAŃ:


.

Co z tym zrobić, czyli dylemat, albo analiza sytuacji

 

ZAGAJENIE

Tytułowy dylemat jest rezultatem niedawnej zabawy w nagranie oraz opublikowanie wersji audio kilku moich dawnych tekstów blogowych [prowincjałka/YT]. I tak przy tej okazji powróciło do mnie wspomnienie bardzo dawnego i bardzo krótkiego spotkania z pewną Amerykanką w londyńskim młodzieżowym schronisku, kiedy obie miałyśmy po dwadzieścia parę lat, a na której list wtedy nie odpowiedziałam, i przez co pewnie zapamiętałam ją na tak długo. Parę dni temu - po wielu latach od ostatniej takiej próby - raz jeszcze spróbowałam i chyba udało się: odnalazłam w internecie Vivienne! Tę właściwą! No i pojawia się pytanie: co teraz z tym zrobić?

 

ZARYS

Sądzę, że gdybyśmy kiedyś dawno temu podjęły korespondencję, nasza znajomość mogłaby dość szybko zakończyć się. Sporo nas łączy, na przykład otwartość na nowe doświadczenia, kontaktowość i komunikatywność, oraz jak sądzę spory dystans do siebie samej, ale też sporo dzieli, co prawie pół wieku temu przeczuwałam, a teraz mogłam potwierdzić, kiedy postanowiłam raz jeszcze, po 20 latach od poprzedniej próby, odnaleźć jakiś jej ślad w internecie, tym razem z o wiele lepszym skutkiem niż poprzednio [Vivienne].

Jedyna wyszukana informacja, która nie zgadzałaby się z tym, co zapamiętałam sprzed 43 lat, to miejsce urodzenia Vivienne podane przy jej nazwisku na jednej z angielskojęzycznych stron poświęconych prezentowaniu i recenzowaniu publikacji książkowych. Vivienne bowiem w ostatnich 12 latach opublikowała 3 niebeletrystyczne książki, przez siebie samą ilustrowane, które spotkały się ze sporym zainteresowaniem i dobrym przyjęciem.

Jak wynika z kilku opublikowanych w internecie wywiadów z nią, w tym dwóch jej wypowiedzi zamieszczonych na youtube, zaczęła pisać wtedy, kiedy po kilkudziesięciu latach najpierw samotnego - a potem z mężem - wędrowania po świecie, podczas którego odwiedziła kilkadziesiąt krajów oraz miała ponad dwadzieścia adresów zamieszkania i wykonywała całe mrowie różnych prac zarobkowych, postanowiła wraz z małżonkiem osiąść na stałe w rodzimej Ameryce Stanów Zjednoczonych.

 

ZAŁOŻENIA

1. W wywiadach Vivienne deklaruje, że nie jest osobą sentymentalną (podobnie ją wtedy, w 1977 roku, odbierałam), ale że swoje pierwsze zagraniczne podróże, właśnie do Londynu w latach 1970-tych wspomina z sentymentem.

2. Zakładam więc, szczególnie że od lat prowadzi pamiętniki ze swoich podróży, że może pamiętać tamtą dziewczynę zza komunistycznej Żelaznej Kurtyny, która przez 3 noce dzieliła z nią piętrowe łóżko w schronisku, i z którą przegadała sporo czasu, a która potem nie odpisała na jej list pozostawiony w recepcji pewnego londyńskiego hotelu.

3. Zakładam również, że mogła w swoim pamiętniku zapisać moje imię i nazwisko, które obecnie - podobnie jak jej - nie tylko z wieloma informacjami o mnie, ale też z adresem i telefonem, mogłaby z łatwością wyszukać w internecie, gdyby na fali wspomnień chciała się ze mną skontaktować.

4. Korci mnie jednak, żeby wpisać komentarz na jej blogu, który, jak widzę bardzo regularnie prowadzi od ponad 10 lat, i przypomnieć się. Ale: czy i jaki, poza sentymentalnym, może być sens takiego kroku? Życie pokazało mi wielokrotnie, że kontaktów, które z tych lub innych powodów zostały w przeszłości przerwane, nie da się odnowić w teraźniejszości w sposób głębszy, wychodzący poza kilka wspólnych nostalgicznych wspomnień.

5. Precyzyjnie rzecz ujmując, mój ówczesny kontakt z Vivienne nie tyle został zerwany, co niepodjęty przeze mnie, czego powody podałam we wcześniej wspomnianej notce z roku 2010. Jednak w odróżnieniu od Vivienne, nie powiem o sobie, że nie jestem sentymentalna. Więc teraz ze wzruszeniem patrzę na nią, czytam ją i jej słucham - For the sake of auld lang syne.

 

ZAMKNIĘCIE

Widzę, że każda z nas swoje życie opisuje podobnie - w miniaturach. Jednak ja w swoich publikowanych na blogu opowiastkach piszę głównie o ludziach i Bogu. Ona natomiast – o miejscach, przedmiotach i zwierzętach. Ja na swoim blogu obecnie walczę o głosy wyborców dla PiS/Kaczyńskiego (moje polityczne korzenie), ona – tak jak poza internetem kiedyś przed laty – teraz bardzo ostro walczy w internecie, na swoim blogu, o głosy dla Demokratów/Bidena, a ewentualną wiedzę o ojczyźnie kiedyś spotkanej dziewczyny zza Żelaznej Kurtyny spija teraz zapewne z ust Anne Applebaum. O czym więc miałybyśmy rozmawiać, poza kilkoma grzecznościowymi nostalgicznymi wspomnieniami? A więc: czy warto?


22.09.2020

 

 

.