Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą esej. Pokaż wszystkie posty

"Żydek z pieniążkiem", czyli taniec z przodkami


Kiedy ktoś mnie pyta o zainteresowania, prawie od zawsze odpowiadam, że moim hobby jest – bycie. A kiedy nie chce mi się wyjaśniać, o co z tym byciem chodzi, wtedy rzucam, że moim hobby jest nordic walking i już nie muszę niczego tłumaczyć. Używam nordic walking jako pretekstu, gdyż nie mogę na przykład powiedzieć, że zajmuje mnie czytanie, jako że prawie niczego nie czytam poza życiem, które w sobie i wokół siebie odczytuję – jak książkę. Lubię, kiedy samo życie układa się w opowieść. I to nie jedną. Wiele z nich przez lata spisałam i opublikowałam na swoim tutejszym blogu. Nie czytam, więc piszę. Pewnie po to, żeby czasami coś jednak przeczytać. Żałuję, że paru życiowych opowieści nie mogłam tutaj spisać - ze względu na wymogi dyskrecji. Szkoda, bo historie pisane przez życie bywają przebogate w treści. Podobnie jak w locie chwytam życie, tak samo w locie modlę się, czyli inaczej mówiąc, w różnych życiowych saltach (czasami może to być wręcz salto mortale), chwytam kontakt z Transcendencją / Immanencją. Tak już mam, co zdiagnozował u mnie wiele lat temu pewien [Dominicanus], więc siłą rzeczy temu również daję wyraz w swoich tekstach. W tych czerwcowych dniach w taki właśnie akrobatyczny sposób splotły się we mnie w jedno wątki: ziemsko-niebiańskie, transcendentalno-immanentne, słowno-muzyczne.

 

*

 

A więc najpierw o tytułowym „żydku” z pieniążkiem. Od razu wyjaśniam, że użycie tego sformułowania nie wynika z zamiaru obrażenia kogokolwiek, w tym pamięci mojego Dziadka Piotra, który dawno temu, na południowych kresach Drugiej Rzeczpospolitej, bywał takim właśnie epitetem określany przez zawistnych współrodaków. Po prostu mój rzutki Dziadek nie bał się - na początku dwudziestego wieku - stanąć do zwycięskiej rywalizacji gospodarczej z miejscowymi Żydami, czego nie mogli mu wybaczyć polscy współrodacy, brzydzący się handlem, ale już nie brzydzący się zapożyczaniem u Żydów. Ponieważ wcześniej pisałam o tej rodzinnej historii, teraz nie będę rozwijać tego wątku: [Dziedziczka] [Judaica].

 

Snując tutaj historię swojej rodziny, czyli w rzeczy samej spisując w internecie - czasami na chwalebnie, czasami na boleśnie, ale najczęściej na radośnie i świetliście - swoją autobiografię, zamieściłam kiedyś zdjęcie mnie maleńkiej z Mamą [Dramatis personae]. (Uwaga, uwaga: rok po napisaniu obecnej notki, pogodzona ostatecznie z moim Tatą [Songs of Love], dodam do wspomnianego wykazu osób dramatu zdjęcie mnie - nieco mniej maleńkiej - z Tatą!) - Teraz natomiast tamtą autoprezentację uzupełnię zdjęciem ojca mojego Ojca, czyli tytułowego „żydka”, ze mną maleńką - jak z cennym pieniążkiem - na rękach. Dziadek Piotr wiekowo mógłby być nawet moim pra-pra-dziadkiem - na tym zdjęciu ma 82 lata, a za cztery kolejne lata przejdzie na drugą stronę życia. Kompozycja osób na tym zdjęciu skojarzyła mi się z ostatnio szeroko dyskutowanym popularnym obrazkiem „Żyda z pieniążkiem”, który to obrazek ma podobno przynosić domowi pomyślność, co oczywiście jest żałosnym zabobonem, będącym często usprawiedliwieniem dla własnej niezaradności życiowej. Zdjęcie z Dziadkiem Piotrem, które stoi na czołowym miejscu w mojej domowej bibliotece (książek posiadam bowiem dużo i czasami nawet ich używam, ale nie powiem, żebym je czytała), jest moim prywatnym „talizmanem”, poprzez swoje przesłanie: bądź jak Dziadek Piotr - przedsiębiorcza, zaradna, samodzielna, na ile to tylko jest możliwe, a nie marudź, że inni mają lepiej od ciebie.




Jest na tym zdjęciu jeszcze jeden motyw bardzo ważny dla mnie. To wiszący na ścianie w tle duży obraz, niezbyt dobrze widoczny. Po drugiej światowej wojnie przyjechał on do naszego domu z dawnych północnych kresów Drugiej Rzeczpospolitej, przywieziony przez mamę mojej Mamy, czyli moją Babcię Katię [Ciamcialamcia] [Po polsku z rosyjska], a łączący się wieloma znaczeniami z czerwcem, który jest moim miesiącem urodzinowo-imieninowym. Ten obraz to znany motyw Najświętszego Serca Pana Jezusa, bardzo mi bliski teologicznie, nie tylko dlatego, że właśnie czerwiec jest poświęcony kultowi Bożego Serca. To jest po prostu jeszcze jeden z wątków - "sercowy" - w historii mojego życia, który dzieje się aż do teraz. W tym roku dzień moich urodzin przypadł w samą Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. W tym dniu w kościele parafialnym została odprawiona Msza Święta w intencji moich zmarłych Przodków oraz wszystkich pobocznych Krewnych z obu rodzin w genealogicznej linii Taty i Mamy. Po całym tamtym dniu wypełnionym obowiązkami, wieczorną modlitwą liturgii mszalnej oraz życzeniami od bliskich osób, włączyłam sobie jedną z playlist na moim kanale YouTube [nostalgia.mix1] i w jej rytm tańczyłam przez dwa kolejne dni, korzystając z chwilowego jakby namaszczenia moich starawych stawów i kosteczek, i mając wyraźne poczucie, że w tym pląsie łączą się ziemia z niebem, i że bardzo wyraźnie - tańczę z przodkami.


Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości zakorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Boga. (Ef 3, 17-19 - z czytań na Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa)

 
 
13.06.2021
 
 
.

Do trzech razy


Numerologiem nie jestem, ale liczbę trzy lubię. Może dlatego, że zawsze było nas w domu troje – tata, mama, ja? A może dla czegoś innego? Ogólnie zauważam, że zasadniczo wolę liczby nieparzyste. Może dlatego, że ceniąc ład, nie przepadam jednak za prostą symetrią?

 

*

 

Rozpoczynając kiedyś jedną z notek [Trzy, dwa, jeden, zero] sentymentalnymi uwagami na temat poznanego w szkole równania z jedną niewiadomą, nie wiedziałam, że bywa ono nazywane – uwaga, uwaga – regułą trzech! Odkryłam to dopiero teraz. Dowiedziałam się też przy okazji, że owa reguła była znana już w chińskiej starożytności, natomiast w europejskiej nowożytności zaczyna pojawiać się od średniowiecza, przede wszystkim w - praktyce kupieckiej. I pewnie jako taka, czyli czysto praktyczna, nie wywietrzała mi z głowy wraz z innymi szkolnymi matematycznymi regułkami, których już zupełnie nie pamiętam, mimo że szkolną matematykę bardzo lubiłam. I rozumiałam. A nawet rozważałam jej studiowanie.

 

Prawdę powiedziawszy, o istnieniu samego pojęcia "reguła trzech" dowiedziałam się nieco wcześniej, w zupełnie innym kontekście, i to z ust nie byle kogo, bo samego gwiazdora światowego kina, którego głównie cenię za jego angielszczyznę klasy „ą-ę” – Hugh Granta. W jednym z wywiadów aktor napomknął o znanym twórcom sposobie osiągania odpowiedniego efektu przez zastosowanie w utworze/tekście trzech wyrazistych elementów. Mogą to być na przykład trzy wyróżnione wyrazy, trzy postacie, trzy zdarzenia, i tak dalej. Odbiorcy tak skonstruowanego utworu/tekstu/prezentacji są bardziej skłonni do zapamiętania przekazywanych w tej formie treści, ponieważ zastosowanie trzech części składowych łączy w sobie z jednej strony zwięzłość i rytm, a z drugiej - poprzez zawarcie w tekście minimalnej ilości informacji - pozwala stworzyć pewien łatwy do uchwycenia dla ludzkiej pamięci wzór, czy zarys zagadnienia. Sprawia to, że autor tekstu lub ktoś tekst prezentujący jawi się odbiorcy jako znawca tematu, ale jednocześnie jego przekaz pozostaje prosty i chwytliwy. Technika tak zwanej triady jest stosowana w prozie, poezji, opowieściach, filmach, reklamach, a także plastyce czy fotografii, występuje też w rozważaniach filozofów. [więcej - jęz. ang.]

 

Idąc za ciosem, czyli za internetową wyszukiwarką, dowiedziałam się, że różnego typu reguły trzech istnieją również w innych sferach ludzkiej wiedzy i działalności: w języku programowania, w chemii farmaceutycznej, w hematologii, w statystce, w lotnictwie, w ekonomii, w wojskowości, a nawet w sztuce nurkowania [więcej –jęz. ang.]

 

*

 

Większość opisanych zastosowań reguły trzech opatrzone jest uwagą, iż nie tyle jest to reguła naukowa, co – z angielska mówiąc – rule of thumb, reguła kciuka. Określenie to pochodzi z siedemnastowiecznej angielszczyzny, kiedy w rzemiośle oraz handlu jedną z powszechnie stosowanych miar była długość lub grubość ludzkiego kciuka. Powyższy - „kciukowy” - sposób opisywania skądinąd szeroko uznawanej reguły trzech wskazuje na jej bardzo empiryczny charakter i głównie praktyczne zastosowanie w różnych dziedzinach życia.

 

W naszym dwudziestym pierwszym wieku, taki Steve Jobs stosował regułę trzech w prawie każdej prezentacji nowego produktu firmy Apple. Na przykład, zapowiadając w 2007 trzecią - po Macintoshu oraz iPodzie – nowinkę, informował nawet, że Apple wprowadzi aż trzy kolejne rewolucyjne produkty: 1. nowego iPoda 2. telefon 3. urządzenie do komunikacji internetowej. Jobs konsekwentnie wymieniał te właśnie trzy produkty, aż w końcu publiczność zorientowała się, że w rzeczy samej mówi faktycznie o jednym urządzeniu (iPhone), zdolnym do obsługi wszystkich trzech funkcji. [więcej – jęz.ang.]

 

O liczbie trzy w moim życiu, o regule trzech, o Stevie Jobs – rozważałam sobie w dzisiejszą niedzielę, w kościelną Uroczystość Najświętszej Trójcy. Jezus konsekwentnie nauczał o trzech Boskich osobach: Synu, Ojcu i Duchu Świętym, aż w końcu publiczność zorientowała się, że w rzeczy samej mówi faktycznie o jednym Bycie, o jednym Bogu, działającym poprzez trzy Osoby, pełniące trzy specyficzne funkcje. Omne trinum perfectum.

 

 

30.05.2021

 

 

.

A więc, jak założyłam, a tu – mały szok!


A więc, jak założyłam [Sacrum, profanum, pop-kultura], wyłączyłam się wielkopostnie z muzyki zarówno popularnej, jak i klasycznej, tym razem - inaczej niż rok temu [Postny post] [Top Seven] - starając się przeżywać przedwielkanocny czas w ciszy, czekając na to, co ten czas sam mi przyniesie. No i przyniósł - muzykę. I to muzykę - protestu. Lewacką - do tego. Z czasów około hipisowskiej rewolucji kontrkulturowej. O której - w aspekcie muzyki protestu - dotychczas w swoich muzycznych reminiscencjach nie wspomniałam, pisząc raczej o piosenkach bardziej miłosnych niż buntowniczych [Chodzi mi po głowie].


I tak, kiedy cisza przedwielkanocna stawała się we mnie zbyt jałowa, łamałam ją głównie jedną piosenką, zupełnie nie religijną, puszczaną na całe mieszkanie, która to piosenka stanowi rockowe nostalgiczne requiem dla skonfederowanych stanów amerykańskiego Południa z okresu wojny domowej, a który to świat był mi w młodości równie bliski [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej], jak czasowo bliższy świat dzieci kwiatów. Taki mały paradoks.


Buntowniczy z natury kanadyjski zespół The Band nagrał w roku 1969 tę wyjątkową w ich repertuarze nostalgiczną elogię dawnego amerykańskiego Południa, z której teraz tłumaczą się - w duchu politycznej poprawności wymagającej klękania przed czarnym kolorem skóry - mimo że tekst mówi jedynie o losie pewnej białej rodziny, która ucierpiała w wyniku domowej wojny. Twórca tekstu Robertson zdystansował się nieco od obrazu konfederatów nakreślonego w jednej ze swoich najsłynniejszych piosenek „The Night They Drove Old Dixie Down”. Jesienią 2019 roku powiedział podczas wywiadu w radio SiriusXM, że wpadł na pomysł utworu podczas wizyty u rodziców kolegi z zespołu, Levona Helma, na Południu Stanów: „Próbowałem napisać piosenkę, którą jak sądziłem Levon mógłby zaśpiewać lepiej niż ktokolwiek na świecie. To wszystko. Tylko tyle dla mnie znaczyła”.


O wiele dalej poszedł inny wykonawca: urodzony w 1993 roku Early James postanowił w zeszłym 2020 roku - w ramach modnego kłaniania się czarno-skórym - zaśpiewać ten utwór prowokacyjnie zmieniając niektóre jego słowa, w tym całe zakończenie [źródło]:



Tekst oryginalny:

Tekst po-czerniony:

Like my father before me, I'm a working man / And like my brother before me, I took a rebel stand / Oh, he was just 18, proud and brave / But a yankee laid him in his grave / I swear by the blood below my feet / You can't raise a Cane back up when he's in defeat.

Unlike my father before me, who I will never understand / Unlike the others below me, who took a rebel stand / Depraved and powered to enslave / I think it’s time we laid hate in its grave / I swear by the mud below my feet / That monument won’t stand, no matter how much concrete.



Tak więc mamy poprawnościową ciekawostkę polegającą na poprawianiu historii, obejmującym poprawianie piosenek. Ja jednak pozostaję przy wersji pierwszej, oryginalnej, do tego w wykonaniu zazwyczaj buntowniczej Joan Baez, które jednak brzmi nie tak znowu buntowniczo, i zdecydowanie bardziej słodko i komercyjnie niż chropawe autorskie nagranie zespołu The Band. Zamieszczam więc moje ulubione „The Night They Drove Old Dixie Down” z kronikarskiego obowiązku, dalej dokumentując swoje muzyczne wspomnienia i reminiscencje, skoro muzyka ciągle chodzi mi po głowie [tekst i tłumaczenie]:





Robbie Robertson po 50 latach tłumaczy się z napisania piosenki będącej nostalgiczną pochwałą heroizmu konfederackiego Południa pokonanego w starciu z unionistyczną Północą:




11.04.2021

 

 

.

Modlitwy podniebne, modlitwy przyziemne


Istnieją różne sposoby zwracania się do Boga, które nie są niczym innym jak różnymi rodzajami tego, co nazywamy – modlitwą. Jest więc modlitwa bardziej uroczysta, i jest modlitwa bardziej swobodna, jest modlitwa oficjalna, i jest modlitwa prywatna. Istnieje modlitwa wielu słów, istnieje również modlitwa milczenia. Jak w życiu. Czasami przecież musimy użyć wielu słów w rozmowie z drugim człowiekiem, a czasami rozumiemy się z kimś bez słów. Z tym, że Pan Bóg zawsze jest w stanie zrozumieć nas bez słów, w głębi naszego serca. Słowa w modlitwie są raczej potrzebne nam, żebyśmy sami mogli zrozumieć siebie, również w odniesieniu do – Boga.

Są więc modlitwy, które nazwałam w tytule – podniebnymi. Będzie to przede wszystkim oficjalna modlitwa Kościoła: Msza Święta, Liturgia Godzin, Różaniec. Będą to wszelkiego rodzaju nabożeństwa odprawiane albo wspólnotowo, albo prywatnie. W modlitwie prywatnej będą to na przykład tak zwane akty strzeliste, czyli krótkie myśli jak rakiety wystrzeliwujące z głębi serca wprost do Nieba.

Do modlitw, które nazwałam przyziemnymi, będą należały różne wezwania kierowane do Pana Boga w sprawach naszej przyziemnej codzienności, czasami radosnej i świetlistej, czasami bolesnej, a czasami chwalebnej, jak różańcowe tajemnice. Od dawna bowiem mam takie przeświadczenie, że jak my odmawiając Różaniec wspominamy i rozważamy różne wydarzenia z życia Jezusa, tak samo gdzieś tam daleko, ale jednocześnie tuż blisko, Bóg rozważa tajemnice życia każdego z nas, również te najbardziej przyziemne, jak na przykład dotyczące - trawienia, którego między innymi aspektami życia, jak by nie było, jest stwórczym Autorem.

O dobre trawienie, o dobry humor oraz o wewnętrzną równowagę modlił się pięknymi słowami angielski polityk i męczennik, Tomasz More: Panie, daj mi dobre trawienie i także coś do przetrawienia. Daj mi zdrowie ciała i pogodę ducha, bym mógł je zachować. Panie, daj mi prosty umysł, bym umiał gromadzić skarby ze wszystkiego, co dobre, i abym się nie przerażał na widok zła, ale raczej bym potrafił wszystko dobrze zrozumieć. Daj mi takiego ducha, który by nie znał znużenia, szemrania, wzdychania, skargi, i nie pozwól, bym się zbytnio zadręczał tą rzeczą tak zawadzającą, która się nazywa moim "ja". Panie, daj mi poczucie dobrego humoru. Udziel mi łaski rozumienia żartów, abym potrafił odkryć w życiu odrobinę radości i mógł sprawiać radość innym.

Dzisiaj natomiast, jakby przypadkiem, szukając w internecie pełnego tekstu bardzo poważnej podniebnej modlitwy Suplikacji, trafiłam na słowa modlitwy przyziemnej, której dotychczas nie znałam, autorstwa innego jeszcze Tomasza, świętego teologa z Akwinu:


Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam,
że się starzeję i pewnego dnia będę stary.

Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,
że muszę coś powiedzieć na każdy temat
i przy każdej okazji.

Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.

Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym;
czynnym lecz nie narzucającym się.

Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości,
jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym
zachować do końca paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia
w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot
przechodził do rzeczy.

Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i
cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania
ich staje się z upływem lat coraz słodsza.

Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o
cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość
wysłuchania ich.

Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę
Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność,
gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi.

Użycz mi chwalebnego poczucia,
że czasami mogę się mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi,
choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.

Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy
to jeden ze szczytów osiągnięć szatana.

Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy
w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet
w ludziach; daj mi Panie łaskę mówienia im o tym.


Na modlitwy obu świętych Tomaszów odpowiadam podwójnym: Amen. Amen.



01.03.2021

 

 

.

Sacrum, profanum, pop-kultura


Kiedy dwadzieścia lat temu w pewnym klasztorze rozeznawano moje ówczesne powołanie, miałam okazję dowiedzieć się kilku interesujących rzeczy o samym procesie rozeznawania, a także o pewnych charakterystycznych cechach powołania do życia zakonnego, a ściślej kontemplacyjnego, klauzurowego, czyli – zaproszenia przez Boga do zamknięcia się w klasztorze, aby tam być sam na sam z Nim. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy osoba rozeznająca powiedziała mi w jednej z rozmów, że wiele wskazywałoby w moim przypadku na powołanie (sic!) pustelnicze, czym mnie zaszokowała, jako że pragnienie życia z Bogiem/w Bogu/dla Boga przygnało mnie wtedy do zakonu kontemplacyjnego o charakterze wybitnie wspólnotowym, chociaż faktem jest, że ówczesna kolejna w moim życiu – druga – bardzo gwałtowna zmiana sposobu życia odbywała się pod znakiem Madre, czyli św. Teresy od Jezusa, pod znakiem jej mistycznej myśli, jej osoby i jej pism, ale bez jakiejś specjalnej tęsknoty za jej pustelniczym Karmelem. Ja chciałam być tam, gdzie się zgłosiłam. Wśród ludzi. W miejscu, które jakby przypadkiem poznałam siedemnaście lat wcześniej [Być mniszką].


*


Mniszką nie zostałam, ponieważ w tym samym czasie – równolegle i gwałtownie – zbankrutowała moja dynamicznie rozwijająca się firma założona dziesięć lat wcześniej, a powstałe długi, czyli balast nieuregulowanych „w świecie” spraw finansowych, czynił niemożliwym wstąpienie na drogę zakonną [Piękne bankructwo]. Osoba rozeznająca tak to określiła: - Wygląda to na powołanie, i na jednoczesne powstrzymanie. - No cóż, zdarza się, a ja w tamtym czasie byłam już nieźle przez życie wyćwiczona w przyjmowaniu na klatę, lub z angielska mówiąc na szczękę, różnych mocnych uderzeń losu. Tough training.


Przeżyłam tamto dramatyczne doświadczenie, pozostając nadal w kontakcie ze wspomnianą mniszą wspólnotą, natomiast Pan Bóg – jak mi się wydaje – konsekwentnie stawia na swoim i wprowadza mnie coraz głębiej właśnie w życie pustelnicze. Nie mam własnej rodziny, dalsza rodzina mieszka w innych stronach kraju, nie mam rodziny zakonnej w ścisłym sensie, dopadła mnie agorafobia ograniczająca możliwość poruszania się w mojej ulubionej przestrzeni [Klauzura], a kiedy zaczęłam chorować, zniknęło gdzieś wielu dawniejszych dobrych znajomych, natomiast nowi dobrzy znajomi mieszkają daleko, z kolei pod względem mobilności zaczęły mnie jeszcze bardziej ograniczać problemy z układem ruchowym, potem zmarła najbliższa mi osoba z dalszej rodziny, a teraz pustkę mojej pustelni pogłębiły ograniczenia związane z zagrożeniem epidemicznym. Pustka, pustynia, pustelnia.


Żyję w coraz bardziej ścisłym odosobnieniu, natomiast rozmyślając nad swoim losem człowieka z natury, wychowania i doświadczenia bardzo uspołecznionego, chyba zaczynam rozumieć ten Boży plan. Światło zrozumienia przyszło z paru krótkich słów usłyszanych dwadzieścia lat temu, że do życia zakonnego Pan Bóg zasadniczo powołuje natury niezależne, buntownicze – rogate – które jak rumak potrzebują uprzęży, okiełznania, dyscypliny, posłuszeństwa. Reguła zakonna takie osoby powściąga, jak lejce powściągają wierzgającego konia, i uczy je pokory przed Stwórcą/ze Stwórcą/dla Stwórcy. Wyobrażam więc sobie teraz, że ja z kolei potrzebowałam jeszcze dodatkowego ograniczenia ze względu na zbytnią skłonność do ubóstwiania człowieka, lgnięciu do człowieka, gotowości do zbytniego oddania się człowiekowi i zbytniego na nim polegania. Bóg robi więc wszystko, żeby moje myśli ponownie kierować do siebie, jak w momentach wywołanych przez Niego nawróceń, skoro nie jeden raz w dorosłym życiu powiedziałam Mu tak, a potem gdzieś raz czy drugi, albo i trzeci, wykonałam skok w bok. Odkrywam teraz, że chociaż jestem osobą lojalną, to z wiernością mam jednak problemy. Lojalność bowiem, to jeszcze nie jest wierność.


Coraz wyraźniej widzę ten scenariusz: albo-albo. Trzeciej drogi nie ma. A może jednak jest? Myślę o tych wszystkich dawnych muzycznych przebojach, które od pewnego czasu - szczególnie od nieco ponad roku - chodzą mi po głowie [Chodzi mi po głowie], przypominają się przez internet, śpiewają się, przywołują w pamięci fragmenty wspomnień, a ja nie tylko tych przebojów słucham, nie tylko poddaję się ich klimatowi, ale jeszcze o nich na blogu piszę, nie tylko przecież dla siebie, więc ciągle wychodzę do człowieka i człowieka szukam, a kiedy nieco oprzytomnieję w okolicy świąt religijnych, zaczynam w tych przebojach szukać również Boga [Rekolekcje muzyczne]. Jak to jest?


*


Opisany dylemat przywiódł mnie do rozważania istoty sacrum i profanum, oraz ich współistnienia w świecie. Jestem tutaj w tej swojej świeckiej pustelni, jednocześnie zanurzona w profanum świata, którego w tej chwili dotykam przede wszystkim przez internet, od którego – zakładam – też mogę w ten czy inny sposób zostać w pewnym momencie odcięta przez Pana Boga, żebym już tak się nie rozpraszała na boki [Milczenie w sieci].


Na razie mam jednak przed sobą wspomniany dylemat i te kilka napisanych już słów. Niezależnie od tego, jak potoczy się dalej moje życie, faktem jest, że świat jako taki żyje w tych obu wymiarach: sacrum i profanum. Świętość i grzeszność. Czystość i nieczystość. Dobro i zło. Pszenica i kąkol. Jezus naucza, że te ostatnie mają razem wzrastać do czasu ostatecznego żniwa, natomiast obecny papież rzucił w świat myśl, żeby bardziej zajmować się pszenicą niż kąkolem. Więc co mam zrobić z tymi piosenkami, jako że nie zawsze niosą one czyste treści i nie zawsze wywołują czyste emocje. Wydaje mi się, że potrafię swoje emocje kontrolować, ale zdarza mi się w jakiś wyobrażeniowy skok odskoczyć za daleko w bok. Jest to jak jakieś chodzenie po linie, z którym ja być może radzę sobie dobrze, ale nie każdy musi to potrafić robić, czy wręcz nie musi tego chcieć! Więc jak to jest?


Kiedy napisałam ten tekst do tego miejsca, dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego wieloletniego duchowego powiernika, któremu 10 lat temu poświęciłam notkę [Dominicanus], i z którym z powodu jego choroby już od wielu lat nie miałam kontaktu. Inne osoby duchowne, które kiedyś również były powiernikami mojej duszy, również wiele lat temu zniknęły z różnych powodów z mojego życia. Więc od kilku czy kilkunastu dobrych lat żyję w jeszcze tego typu samotności, bez ludzkiej podpórki w sprawach duchowych. Muszę więc radzić sobie sama. I sama muszę rozstrzygnąć, jak to jest z tymi piosenkami, które przywołują wspomnienia, z których wyrastają kolejne teksty wspomnieniowe, i z których niektóre stają się - gdy trzeba – źródłem modlitwy.


Niezależnie od tego, jak dalej potoczy się ta moja wieloletnia pop-przygoda z internetem, myślę, że nie da się – żyjąc w tak zwanym świecie – wykluczyć, wyrugować różnych przejawów kultury, w tym również w jej wymiarze popularnym, nawet jeśli naznaczona jest grzesznością. W szerokim społecznym wymiarze nie widzę takiej praktycznej możliwości. Czy więc nie należy prowadzić jakiejś nowej formy inkulturacji, albo inaczej akomodacji, czyli w pewnym zakresie dawania o wierze świadectwa językiem tej kultury, w której współczesny człowiek jest zanurzony? Sakralizacja profanum, jako proces odwrotny do profanacji sacrum? Ja nie wiem, i jedynie stawiam to pytanie, teraz, jeszcze w Karnawale, ale już z Postem w perspektywie. A jaka jest odpowiedź na moje pytanie, i jak ja w tej mojej coraz większej pustelniczej pustce mam żyć, to Bóg jedyny – wie.



Gintrowski, Kaczmarski, Łapiński: Wojna postu z karnawałem (1993):



07.02.2021



.

Gładka gadka


Wychowanie, które w sferze lingwistycznej otrzymałam z rąk, czy raczej z ust Mamy, obejmowało nie tylko rozróżnianie pomiędzy przed- i porewolucyjnym językiem rosyjskim, o czym wspomniałam w innej notce [Po polsku, z rosyjska], ale przede wszystkim dotyczyło naszego języka ojczystego, a to głównie poprzez pielęgnowanie we mnie wymowy przednio-językowo-zębowej głoski [ł], zwanej również [ł] szlacheckim albo kresowym, aktorskim czy scenicznym, bądź „gładkim”, a którego stosowanie stanowiło w oczach mojej Mamy manifestację patriotyzmu i antykomunizmu, czemu posłusznie poddawałam się, chociaż z natury nie byłam dzieckiem nadmiernie posłusznym.

*

Kiedy w dzieciństwie po dłuższym wakacyjnym pobycie poza domem zdarzało mi się po powrocie niechcący zacząć wałczyć, czyli zamiast pięknej staropolskiej głoski przednio-językowo-zębowej [ł] wymawiać dwuwargowe [u], Mama sztorcowała mnie słowami: - A co to za [u]! Gdzie się tego nauczyłaś? Masz piękne polskie [ł] i tak mów! - Wałczenie to termin ukuty przez Jana Kochanowskiego (XVI wiek) na współczesne mu zjawisko odchodzenia od staropolskiej „gładkiej” wymowy litery „ł” w kierunku dwuwargowego dźwięku [u]. Wymowa taka początkowo pojawiała się w środowiskach wiejskich oraz wśród warstw niewykształconych, a od początku XX wieku zaczęła stopniowo stawać się ogólnie przyjętą normą, czemu moja Mama, przy mojej wydatnej pomocy, starała się stawiać czynny opór.

Mama, urodzona i wychowana na Kresach, mówiła kresowo miękko, w sposób dyskretny i nie przesadny, ale na tyle wyrazisty, że w jej wykonaniu owo gładkie [ł] było ukryte wśród innych głosek charakterystycznych dla mowy ludzi ze wschodu. Ja natomiast, urodzona i wychowana na Pomorzu, nie mówiłam z wyraźnym wschodnim akcentem, więc w moim przypadku to jedno jedyne pielęgnowane patriotyczne [ł] powiewało nad moimi wypowiedziami jak biało-czerwona flaga na samotnym maszcie.

Moje słynne [ł] od dzieciństwa było szeroko znane wśród rówieśników i przyjmowane z aprobatą, a czasami wręcz z zachwytem, co wyrażało się na przykład koncertami kierowanych do mnie życzeń, żebym powiedziała coś z literą „ł”. Pamiętam, że kiedyś w liceum podszedł do mnie chłopak z innej klasy i nieoczekiwanie powiedział wprost, że uwielbia to moje [ł]. Myślałam, że chce mieć je obok siebie na dłużej, ale okazało się, że aż tak bardzo fonologicznie zdeterminowany nie był.

Przez długi czas nie widziałam niczego specjalnego w tej swojej fonetycznej inności, dopóki nie obejrzałam pewnego przedwojennego filmu, w którym jeden z aktorów wymawiał takie właśnie aktorskie [ł] w sposób tak przesadzony, że mnie zemdliło. Nie wiem, czy to nie był ten sam aktor, o którym mówiono, że nawet wyraz dupa wymawia z przednio-językowo-zębowym [ł].

Przygotowując obecną notkę natrafiłam na świetną audycję radiową, przygotowaną oczywiście przez radiostację białostocką, terytorialnie położoną w krainie tego brzmienia, a poświęconą właśnie omawianej tutaj głosce: „To będzie pożegnanie z pewną arcypolską głoską. "Ł" przedniojęzykowo-zębowe, wymawiane tak jak dawniej robili to artyści: poeci, muzycy, aktorzy - odchodzi z naszej polszczyzny. Młodzi nie potrafią zaśpiewać tak jak Hanka Ordonówna słowa "miłość" z językiem ułożonym w łódeczkę, a starsi wstydzą się wymawiać kresowe "ł", twierdząc, że to rusycyzm i oznaka gorszego pochodzenia. Głoski, która do początków XX wieku królowała w polszczyźnie, bez której nie jest możliwe zagranie klasycznego repertuaru w teatrze, której wymawianie manifestowało inteligenckie pochodzenie - nie ma już we współczesnym słowniku poprawnej polszczyzny. Dlaczego tak łatwo wyrzuciliśmy ją z naszej wymowy, dlaczego wstydzimy się jej, choć jest prawdziwie polską głoską?” - [audycja 1]

*

Po napisaniu powyższego tekstu, postanowiłam nagrać siebie, czytającą go na głos. Okazało się, że czas zrobił swoje. Nie mając obok siebie nikogo, kto używałby w mowie tej gładkiej głoski, ani nikogo, kto by mnie strofował za jej nieużywanie, uległam wpływowi otoczenia i wydaje mi się, że coraz częściej – wałczę! Dodatkowo, wałczenie jest łatwiejsze: wymowa dwuwargowego [u] wymaga mniejszego napięcia mięśni jamy ustnej. I tak się toczą sprawy. W starym przedwojennym przeboju Hanki Ordonówny usłyszymy chyba największe niezamierzone zagęszczenie czystego gładkiego [ł] w polskiej piosence: Miłość ci wszystko wybaczy. Natomiast w nie tak starym nagraniu Edyty Geppert można – i warto! - posłuchać zamierzonego zabawnego zagęszczenia staropolskiej, dobrej i pięknej, szlacheckiej oraz inteligenckiej, aktorskiej i scenicznej, arcypolskiej oraz arcykresowej głoski [ł].


Edyta Geppert – „Słynne gładkie Ł” (Na pierwsze drgnienie twoich ust, podejrzanie mi faluje biust...)




Jak by tego było mało, w domu byłam ćwiczona również w różnicowaniu wymowy liter „ch” oraz „h”: chleb i herbata, to dwie całkiem różne, czyli różnie wymawiane w każdym z tych wyrazów, początkowe głoski. Kiedyś różnicowano także wymowę liter „rz” oraz „ż”, ale na szczęście moi Rodzice nie bardzo wiedzieli, w jaki sposób można to robić, więc chociaż z tymi głoskami miałam spokój. Co więcej, również litery „u” oraz „ó” wymawiano kiedyś w różny sposób! Nieco więcej na ten temat można dowiedzieć się od prof. Bralczyka – polecam pierwsze 2'10'' [audycja 2].


APPENDIX: powyższa notka w autorskim nagraniu: [Gładka gadka.audio]


.