Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobność. Pokaż wszystkie posty

PostScriptum 2. Azylem jestem

 

Kiedy byłam młoda, twierdziłam, że nie boję się samotnej starości. Kiedy jestem stara, twierdzę, że nie wiedziałam, o czym mówiłam. Kiedy miałam lat czternaście lub piętnaście, byłam w pełni świadoma, że życie zmierza ku śmierci. Jednak kiedy w tamtym czasie wypowiadałam takie górnolotne deklaracje, jedynie teoretycznie wiedziałam, o co chodzi. Teraz, kiedy jestem stara, w słabości i pokorze przygotowuję się do praktycznej finalizacji tamtego młodzieńczego manifestu. Kiedy miałam tamtych kilkanaście lat, z jednej strony karmiłam się filozofią modnych wtedy hippisów, a z drugiej filozofią zupełnie niemodnych - stoików. Słuchałam rozpasanych Rolling Stonesów i poczytywałam ascetycznego Marka Aureliusza. Pewnie pod wpływem tego ostatniego, wygłaszałam wtedy mądrości o tym, że należy żyć tak, aby w chwili śmierci nie żałować przeżytego życia i w spokoju z tego świata odchodzić. Po czym żyłam w sposób o wiele bliższy klimatom ówczesnej niespokojnej muzyki młodzieżowego buntu, niż pełnej ładu ascetycznej myśli stoików. Klimaty bliższe filozofii tych ostatnich będą pojawiać się w moim życiu nieco później, wraz z kolejnymi nawróceniami do Boga [Wracam, ciągle wracam] [Świadectwo] [Wysłuchane modlitwy. Duch].


*


Swój sposób społecznego funkcjonowania mogłam zobaczyć jak pod mikroskopem w czasie internowania, w stanie wojennym. Podczas osadzenia w ośrodku odosobnienia pełną parą żyłam społecznie, tak jak przez całe wcześniejsze życie na wolności. Zawsze byłam wśród ludzi, z ludźmi i dla ludzi, chociażby w organizacyjnych zaangażowaniach na rzecz grup, których członkiem zdarzało mi się być [Idą krzycząc]. W zamknięciu również angażowałam się w życie tymczasowej, płynnej wspólnoty internowanych kobiet.


Kiedy po półtoramiesięcznym osadzeniu dowiedziałam się, że oto jestem zwolniona i mam zaraz spakować się i pójść sobie za bramę na wolność, podczas pożegnań jedna ze współ-internowanych powiedziała: - Wiesz, że teraz bez ciebie dziewczynom będzie trudniej? - Kiwnęłam głową, jako że nie było czasu na drążenie tematu, ale tak naprawdę nie wiedziałam, o co jej chodzi. Niczego aż tak specjalnego tam nie robiłam, poza tym że byłam prawie wszędzie, co nawet znalazło odbicie w ksywce, którą mnie tam ochrzczono: Włóczykij - z odniesieniem do jednego z bohaterów serii książek o Muminkach. Włóczykij to przyjacielski samotnik, łazęga, myśliciel, muzykant, gawędziarz - ceniący swobodę, doceniający smaki życia.


Wałęsałam się od lat po kraju [Auto! Stop!], więc co za problem powłóczyć się trochę po ośrodku dla internowanych. W czasie kiedy tam przebywałam, podczas dnia można było już swobodnie przemieszczać się między pokojami ośrodka wypoczynkowego - otoczonego drutem kolczastym i wianuszkiem uzbrojonych żołnierzy - do którego od grudnia 1981 z całego kraju zwożono kobiety uhonorowane tym wyróżnieniem [Ukochany kraj, umiłowany kraj]. Korzystałam więc z między-pokojowej swobody ruchu, bywając tu czy tam, i najczęściej wnosząc do towarzystwa pogodę ducha, poczucie humoru i dobry nastrój - zakorzenione w prostej wierze. Byłam po prostu sobą.


*


Po zwolnieniu i powrocie do domu, na fali nieuniknionych refleksji związanych z doświadczeniem internowania, zaczęłam rozumieć, o co mogło chodzić we wspomnianych słowach pożegnania. Przypomniałam też sobie inne sygnały dotyczące odbioru mojej osoby w tamtym miejscu, na przykład kiedy inna z internowanych, bardzo energiczna i wygadana, z którą w czasie całego pobytu może wymieniłam dwa słowa na krzyż, któregoś razu mijając mnie na korytarzu rzuciła w przelocie, że wystarczy kiedy chociaż raz dziennie mnie zobaczy i ma już dobry dzień.


Żadna z bliższych znajomości zawartych podczas internowania nie przetrwała, chociaż z niektórymi z koleżanek miałam okazję parę razy spotkać się prywatnie również na wolności. Jednak w świetle tego, co dane było mi poznać i zrozumieć, późniejszy brak kontaktów był oczywisty: z jakichś względów byłam potrzebna tam/wtedy, ale nie byłam już potrzebna teraz/tutaj. Moja obecność i to, co niezależnie ode mnie ze sobą niosła, przeznaczona była na tamten czas.


Powyższe doświadczenie wpisuje się również w inne podobne, kiedy różne osoby, z którymi w życiu bliżej zetknął mnie los, wyznawały, że jestem azylem, szpitalem, sanatorium czy schroniskiem, po czym w ten czy inny sposób znikały z mojego życia. Azyl, szpital, sanatorium, schronisko - to konieczna tymczasowość, a nie związek na całe życie. Azyl, szpital, sanatorium, schronisko - to nie jest dom. Widocznie taka była moja karma, mój los, moje powołanie. Być dla każdego. W każdym miejscu.


*


W miejscu, w którym mieszkam od urodzenia, mam wielu znajomych, ale nie ma tutaj nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie mam też tutaj rodziny: ani własnej, ani bliskiej, ani dalekiej. Kiedy byłam młodsza i zdrowsza, zgodnie ze swoją naturą, włóczyłam się po ludziach, zarówno z własnej, jak też z ich inicjatywy. Byłam z reguły gościem pożądanym i zapraszanym. Nie raz słyszałam, że do spotkania/rozmowy - szczególnie tych kameralnych - potrafię wnieść swoją obecnością specyficzny mikroklimat. Byłam jak ślimak, wlokący wszędzie ze sobą dom, przystosowany do zamieszkania przez jedną tylko osobę.


Kiedy jestem stara i słaba, kiedy z różnych powodów nie bywam już jak dawniej wśród ludzi, kiedy nie za bardzo mogę spotykać się tu czy tam z mieszkającymi z dala ode mnie rodziną czy osobami, które mogłabym nazwać przyjaciółmi, jako że oni wszyscy też są coraz starsi, coraz bardziej obciążeni życiem, coraz mniej mobilni - siedzę sobie sama w swojej skorupce [Słowo na niedzielę], z tej samotności spisując na blogu swoje życie. Może tego opisu litera i duch przydadzą się kiedyś komuś - jak azyl, jak szpital, jak sanatorium, jak schronisko - w drodze [Words for the road].


Zaproście mnie do stołu*


Panie,

Zgadzam się na całkowitą samotność -

dla Ciebie.

Proszę tylko, daj mi w tym życiu czas i przestrzeń -

dla Ciebie.


Niech moja teraźniejszość

całkowicie zatopi się w Wieczności,

a moje życie

zjednoczy się z Życiem.


Niech JESTEM stanie się TERAZ,

a TRÓJCA niech stanie się TUTAJ.


Chcę zawsze być Twoim mieszkaniem

i proszę, bądź dla mnie na zawsze domem.


Amen.


grudzień 1999


* tytuł znanej piosenki w wykonaniu Elżbiety Wojnowskiej (tekst: Włodzimierz Szymanowicz; muzyka:Henryk Alber, rok wydania: 1974):




07.12.2021



.