Pod
kątem obecności świń w moich życiowych doświadczeniach jeszcze
nie pisałam, więc pora ten brak uzupełnić. Pisać bowiem mogę o
prawie wszystkim, traktując pisanie jak gimnastykę, żeby - jak nie
raz już tłumaczyłam - nie zapomnieć języka w głowie. Kiedyś
pisałam tutaj z kilku ważniejszych powodów, o których pewnie też
kiedyś napiszę coś w rodzaju podsumowania, i nawet wiem, jak
zatytułuję ten przyszły tekst, ale na razie będą świńskie
kawałki, czyli: motyw świni w moim życiu.
*
Nie
należę do pokolenia, które na pytanie, skąd bierze się mleko,
odpowiada, że z lodówki, ewentualnie z marketu. Ja nie z tych - ja
wiem, skąd w moim życiu bierze się nabiał, i wiem skąd biorą
się w nim świnie. Jako dziecko żyłam zarówno blisko krów i kur,
jak też świń, więc jestem zorientowana. Mając pięć albo sześć
lat, potrafiłam wydoić kilka kropel ciepłego mleka. Widziałam też
wtedy zaaranżowaną przez ludzi krowią randkę w ciemno, ale o ile
pamiętam, były jakieś komplikacje i do niczego wtedy nie doszło
między stronami spotkania. Prawdę powiedziawszy dopiero po kilku
latach nabyłam świadomość, do czego wtedy nie doszło, podobnie
jak po kilku latach zorientowałam się, o co chodziło, kiedy mój
wiejski przyjaciel-rówieśnik proponował żebyśmy pobawili się w
- tu powiem dość oględnie - „ruszanie”. Ponieważ lubiliśmy
się, nie miałam nic przeciwko temu, żebyśmy stanęli naprzeciwko
siebie, przez parę sekund dotykając się brzuszkami, i żeby potem
w podskokach pobiec poszukać, w jakich zakamarkach kury nioski
należące do jego rodziców poukrywały świeże jaja, i żeby wypić
je na miejscu, na surowo, prosto ze skorupki, zamiast zanieść do
domu.
Wspomnianą
intymną zabawę można potraktować jako pierwszy świński kawałek
opisany w tej notce. Mój kompan dziecięcych zabaw pewnie podpatrzył
takie zabawy u dorosłych, tak jak ja podpatrzyłam randkę bydła
rogatego. Na wsi dużo można było zobaczyć. Mieszkając na stałe
w mieście na tak zwanych ziemiach odzyskanych, w latach
przedszkolnych spędzałam sporo czasu na pobliskiej pomorskiej wsi,
gdzie moi rodzice wynajmowali od pewnego gospodarza dwa pokoje w
dużym poniemieckim domu oraz dwa sady przy tym domu. W pokojach
mieszkałam z mamą przez trzy czwarte roku, podczas gdy tata
zajmował się pracą etatową w mieście. W sadzie słonecznym
rodzice ustawili pszczelą pasiekę, a w sadzie cienistym klatki z
norkami hodowanymi na futerka, natomiast pracą przy obu zajmowała
się moja bardzo dzielna mama. Ja natomiast, kiedy nie biegałam z
moim sąsiadem-rówieśnikiem po wsi, albo nie wtapiałam się w
życie gospodarstwa, w którym mieszkałyśmy, towarzyszyłam mamie
przy jednej i drugiej hodowli.
*
Oczywiście
pasieka, z perspektywą podbierania pszczołom słodkiego urobku ich
pracy, była przyjemniejszym doświadczeniem niż kontakt z
zamkniętymi w klatkach skocznymi norkami, które kończyły
naciągnięte na wygładzone pale służące do czyszczenia
ściągniętych z nich skórek, co też na własne oczy widywałam,
bo trudno było „skórkowania” nie widzieć. Tak samo, jak przy
innej okazji trudno było nie wiedzieć, że pewien delikatny
niedzielny rosołek został ugotowany na mięsku puszystej angorki,
którą potem nosiłam w formie ciepłego kołnierzyka przy zimowym
płaszczyku. Rodzice pilnowali jednak, żebym nie zobaczyła momentu
uśmiercania zwierząt, ale kiedy nieco podrosłam dowiedziałam się
od nich, jak to odbywa się: na przykład zwierzęta futerkowe były
pojedynczo rażone prądem w specjalnej małej klatce z metalową
podłogą podłączoną do napięcia elektrycznego.
Zabijania
norek nie widziałam, ale udało mi się podpatrzeć na wsi
świniobicie. Więc wiem dobrze, skąd bierze się wieprzowina, i że
nie bierze się ona z lodówki, chociaż takie myślenie o
pochodzeniu świniny byłoby na pewno przyjemniejsze. Jako pięcio
czy sześcioletnie dziecko widziałam wzdęcie u krowy, i
przekłuwanie jej boku w celu spuszczenia gazów. Widziałam
trzebienie, czyli kastrowanie kwiczących prosiąt. Widziałam, jak
można sobie poradzić ze szczurem przy pomocy ostrych wideł.
Widziałam tańczącego na podwórku koguta z odciętą głową, a
właściwie należałoby powiedzieć, że - bez tej głowy. Jadłam
też bocianie mięso, które nasz gospodarz skądś miał, żeby
wytopić z niego tłuszcz, którym miała leczyć swoje obolałe nogi
jego żona, nasza gospodyni. Oboje z nich zresztą bardzo lubiłam.
Byli już starsi, sami prowadzili gospodarstwo, gdyż ich dorosłe i
dorastające dzieci odpłynęły ze wsi do miasta.
W moim
przedszkolu widziało się więc to i owo. Bardzo dobrze wspominam te
trzy lata spędzone na wsi. Pamiętam poranny bieg na boso po rosie
leżącej na łące za domem. Pamiętam ciepłe chrapy koni, pamiętam
jak karmiłam je z ręki, pamiętam jak zapinałam na nich uprząż,
i jak nimi - za zgodą gospodarza i w jego towarzystwie - powoziłam
w drodze na pole. Nie pamiętam natomiast, żebym jadła tam koninę.
Tę pamiętam z miasta, kupowaną w tak zwanej końskiej jatce, i
pamiętam że była słodka - jak podobnie słodkie były steki z
płetwy rekina jedzone wiele lat później. Z wiejskich lat pamiętam
jeszcze różnicę w zapachach stajni, obory i chlewa, pamiętam
zapach parnika i zapach drewutni. Pamiętam robione we wsi wino z
polnych chabrów, dojrzewające w smukłych butelkach zawiązanych u
góry szmatką, i w takiej formie eksponowane w maleńkim okienku
maleńkiego sklepiku, jedynego we wsi, urządzonego we frontowym
pomieszczeniu niedużego wiejskiego domu z czerwonej cegły. Pamiętam
sekretną dziecięcą wyprawę do starego folwarku, położonego na
samym początku głównej, a jednocześnie jedynej we wsi ulicy, w
połowie wieku dwudziestego zajmowanego przez pegeer, i pamiętam
zabawę wyszukanymi gdzieś na korytarzach rozległego budynku
dawnego dworu - papierami zapełnionymi tabelami, które dawały mnie
i mojemu towarzyszowi poczucie odkrycia tajemniczego skarbu. Pamiętam
zbieranie na stawie obok sięgającego swoją historią piętnastego
wieku kościoła - rzęsy dla kaczek; a ze zmurszałego wnętrza pni
drzew nad stawem - próchna do podkurzacza do pracy przy pszczołach.
Pamiętam, że kiedy wydawało mi się, iż nasze pszczoły już mnie
bardzo dobrze znają, na dowód tego - przed moim wiejskim kompanem -
włożyłam duży palec nogi do wejścia do ula, i pamiętam czym to
się skończyło.
*
Miasto
oczywiście nie dostarczało takich wrażeń, aczkolwiek pamiętam
świnię trzymaną przez moich rodziców w powojennych ruinach. Kilka
lat potem w pozostałościach po tym gruzowisku bawiłam się
wykopanymi przez robotników ludzkimi piszczelami, dopóki nie
zostałam w domu pouczona o szacunku należnym ludzkim szczątkom. I
pamiętam opowiadanie, że tuż po wojnie ktoś trzymał w centrum
miasta świnię na balkonie, i że ona z tego balkonu na pierwszym
piętrze wypadła na bruk. Zdaje się, że śmiertelnie. Mogłabym
dodać coś o miejskich odpowiednikach intymnych zabaw z moim
sielskim cicerone (który wkrótce przeprowadził się z rodzicami i
rodzeństwem do dalekiego dużego miasta), ale nie dodam, bo
brakowało im tamtej prostoty, a nie chcę domyślać się, skąd
pewne miejskie dzieci z mojego grona mogły wziąć pomysł zabawy
bardzo szczególnej, nie mającej niczego wspólnego ze znaną
anatomiczną ciekawością małych dzieci, a w której to zabawie
reszta z nas nie widziała sensu i nie podejmowała jej. Dzisiaj
rozumiem więcej z tamtych sytuacji, ale nie będę już świntuszyć
opisując je, chociaż tak naprawdę, nie o świntuszenie tutaj
chodziłoby, lecz o wgląd w świat ludzkiej psychiki, czasami
przerażający. Po świńsku powiem więc tylko tyle na koniec: lubię
wieprzowinę. Również przyrządzaną - au naturel. I czasami
lubię coś napisać - au naturel. Aha, jeszcze to: ludzkich
świń w swoim życiu nie zauważyłam.
 |
| Z Mamą, wtedy |
 |
| Mama, znajoma, ja. Tata robi zdjęcia. |
Na marginesie notki:
Wegetarianie to okrutni, bezmyślni ludzie
Wszyscy wiedzą, że marchewka krzyczy, gdy jest tarta
Vegetarians are
cruel, unthinking people.
Everybody knows that a carrot screams
when grated.
That a peach bleeds when torn apart.
Do you
believe an orange insensitive
to thumbs gouging out its flesh?
The
tomatoes spill their brains painlessly?
Potatoes, skinned alive
and boiled,
the soil’s little lobsters.
Don’t tell me it
doesn’t hurt
when peas are ripped from the scrotum,
the hide
flayed off sprouts,
cabbage shredded, onions beheaded.
Throw in the
trowel
and lay down the hoe.
Mow no more
let my people go!
Roger McGough - Vegetarians
12.10.2021
POST SCRIPTUM: [Świńskie kawałki - doprawione]
.