Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki. Pokaż wszystkie posty

Autobiografia: autoportret, autoterapia, autokreacja

 

Coś najpierw robię, żeby dopiero potem nabyć wiedzę na temat tego, co zrobiłam, i to głównie po to, żeby wiedzieć, że dane doświadczenie miało sens. Tak to na ogół wygląda. Wiedzę o życiu czerpię więc z praktyki życia, teoria natomiast jest mi dawana później, głównie po to, żeby siebie i życie zrozumieć. Czy wszystko, co w życiu robię ma sens? W pewnym sensie tak, chociaż nie zawsze potrafię pojąć, po co te różne doświadczenia zdarzały mi się po drodze do wiadomego ostatecznego celu, a co kiedyś podsumowało mi się w takich słowach:


Alice


Back alleys

Black alleys


All walks of life


Dead ends

which

Death ends


(don't ask me why)


©prowincjałka


Na przykład w chwili obecnej po raz kolejny doświadczam tego, że wiedza przychodzi do mnie dopiero po doświadczeniu. Najpierw bowiem przez piętnaście lat ot-tak-sobie spisywałam na blogu swoje życie, z czasem zaczynając przeczuwać, że to ma sens. Jednak dopiero teraz - patrząc wstecz, w teraz, i w przyszłość - zaczynam pełniej rozumieć porządkujące i terapeutyczne znaczenie tej czynności [PostScriptum. Tagi, tagi].


Z poniżej zamieszczonych fragmentów opracowań naukowych na temat różnych aspektów twórczości autobiograficznej, które teraz z ciekawości przejrzałam, pewnie najlepiej zapamiętam ten cytat: „Bardzo łatwo jest napisać złą powieść, ale bardzo trudno napisać złą autobiografię” - Philippe Lejeu. Bardzo więc dobrze, że nie potrafię, nie chcę i nie tworzę fikcyjnych fabuł, gdyż zmniejsza to znacznie ryzyko stworzenia czegoś złego.


Czytam też, że stale wzrasta zainteresowanie pisarstwem non-fiction, w tym literaturą dokumentu osobistego, czego przyczynę należy upatrywać między innymi w znudzeniu dotychczasową formą powieści, w tabloidyzacji mediów i kultury, a także w rozwoju mediów społecznościowych, co może tylko cieszyć staruszkę, taką jak ja, że niechcący jest aż tak trendy. I dalej dowiaduję się, że twórczość autobiograficzna obejmuje wiele zagadnień (pakt autobiograficzny, postawa autobiograficzna, dziennik, pamiętnik, autoportret). Może też być formą autoterapii: „Z leczniczych właściwości pisania o sobie zdawali sobie sprawę już twórcy starożytni (m.in. Marek Aureliusz), a wielu pisarzy świadomie wykorzystywało w swoich utworach osobiste doświadczenia, by się z nimi uporać. Jednak dopiero współczesność wykorzystała autobiografię jako regularną formę terapii.” [źródło]


*


Pamiętam, że w trzeciej klasie szkoły podstawowej mieliśmy za zadanie ułożyć krótkie opowiadanie z morałem. Coś tam wymyśliłam, ale żaden morał nie przychodził mi do głowy. W sukurs przyszła mi wtedy moja pedagogicznie wykształcona moralna Mama i podpowiedziała zgrabną konkluzję wpisaną w zakończenie historyjki. Obecnie prawie każda z moich autobiograficznych opowiastek posiada coś, co z angielska nazywam the bottom line, czyli jakby końcową linijkę, rodzaj podsumowania, w przypadku moich tekstów zawierającego pewnego rodzaju akcent umoralniający, który napisało - samo życie.


Kiedy w dzieciństwie, dwa lata po szkolnej przygodzie z pisaniem fikcyjnego opowiadania, zaczęłam sama z siebie pisać autentyczny pamiętnik, zobaczył to mój socjologicznie wykształcony próżny Tata, i od razu zrobił mi wykład, żebym pisała tak, aby można było ten pamiętnik kiedyś gdzieś opublikować, co miało taki skutek, że przestałam pisać w ogóle, aż do czasu, kiedy w wieku przedemerytalnym los zaprowadził mnie do salon24.pl. A tutaj od notki do notki, chcąc nie chcąc robię to, co doradzał mi Tata: piszę tak, żeby można było to opublikować, a co więcej - od razu publikuję [Patrz mi w oczy, kiedy mówię].


Tak więc kiedy poetka Ewa Filipczuk, zamieszczająca tutaj swoje wiersze (Bywałam w otchłani i w piekle, ale po co pamiętnik ma o tym wiedzieć? / Piszę wierszem tę prozę, żeby były szczeliny. - z wiersza Autobiografia) czasami wyrazi uznanie dla jakiegoś mojego tekstu, za każdym razem mam ochotę odpowiedzieć w stylu zamieszczonego wyżej cytatu Philippe Lejeu, dodając, że ja (próżna i moralna) trzymam się jedynie nauk wyniesionych z czasów podstawówki: ma być do publikacji, i ma mieć morał.





Dodane zdjęcia: Be Yourselfie, lipiec 2024
Przy okazji, motyw lustra: [Lustracja, lustracja]
Przy okazji, rozdział ostatni: [2023. Pierwsza młodość]


►„Literaturoznawca postrzega autobiografię jako tekst kultury, który – odrzuciwszy na dobre podejście strukturalistyczne – należy poddawać analizie z uwzględnieniem uwarunkowań biograficznych autora. Socjolog w konstrukcji autobiografii dostrzeże sposób konceptualizacji jednostkowego doświadczenia, charakterystyczny dla danego społeczeństwa, żyjącego w określonych warunkach i czasie. Psycholog skłonny jest traktować ją jako materiał diagnostyczny, odsłaniający – przynajmniej częściowo – podświadome emocje i motywacje piszącego, a także jako formę psycho- lub autoterapii. Pedagog dostrzeże potencjał tworzenia narracji o samym sobie jako narzędzia wspomagającego rozwój jednostki, szczególnie w okresie, gdy może ona otoczyć refleksją a posteriori swoją życiową drogę. [podkreślenia moje]” (Joanna Bierejszyk - Dojrzewanie do siebie przez autobiografię)


►„Aktywności związane z tekstem, takie jak pisanie lub czytanie, są wykorzystywane bardzo często jako element terapii w trudnych sytuacjach egzystencjalnych. Tworzenie tekstu lub odtwarzanie go w czytaniu spełnia kilka istotnych funkcji: po pierwsze, funkcję fizjoterapeutyczną (np. terapia ręki poprzez pisanie przy doznanym paraliżu); po drugie, funkcję psychoterapeutyczną (np. pisanie ekspresywne, które prowadzi m.in. do przedstawienia, oswojenia i w konsekwencji wyzbycia się traum lub traumatyzujących doświadczeń); po trzecie, funkcję terapii tożsamościowej, pozwalającej połączyć przerwane wątki narracji o sobie np. w doświadczeniu afazji; po czwarte, funkcję memoterapii w przypadku schorzeń, które prowadzą do zaniku i ostatecznie utraty pamięci; po piąte, dość specjalistyczną funkcję zapobiegania hermeneutycznemu wykluczeniu poprzez przystąpienie do wspólnoty piszących” (Klaudia Muca -Tekst jako terapia. Humanistyka medyczna i badania nad reprezentacjami doświadczeń we współczesnej polskiej kulturze literackiej)


►„Naukowcy nie są zgodni co do tego, jak sklasyfikować tę terapię. Dla jednych, terapia wspomnieniowa jest jedną z technik w arsenale środków biblioterapeutycznych. Ci badacze wprowadzili nawet nowy termin - biblioterapia reminiscencyjna. Dla innych natomiast terapia reminiscencyjna jest odrębną formą terapeutyczną. Wydaje się, iż w tej dyskusji więcej argumentów przemawia za odrębnością terapii wspomnieniowej od biblioterapii, gdyż definicje biblioterapii wskazują jako główny środek terapeutyczny czytelnictwo.” (Krzysztof Samela - Autobiografia)


►„Opowiadanie o życiu, rekonstrukcja własnej biografii zakłada zatem proces autokreacji, kształtowania siebie, ale także ciągłego poszukiwania, odkrywania nowych wartości i znaczeń. Kształtowanie opowieści, a także jej przekształcanie będące efektem refleksji, może być jednym ze sposobów przyczyniających się do rozwoju osobowego człowieka w ciągu życia, pozwala na twórcze kształtowanie własnego życia i spełnienie. Przekraczanie dotychczasowych sposobów doświadczania świata, przełamywanie sztywnych wzorów interpretacyjnych umożliwia bowiem pomyślne przechodzenie przez kryzysy i momenty przełomowe. Pozwala na wielopoziomowy rozwój osoby, integrację wewnętrzną i uzyskiwanie poczucia spójności.” (Kamila Lasocińska - Autobiografia jako autokreacja. Twórcze aspekty procesu myślenia autobiograficznego w edukacji dorosłych)


►„Współcześni teoretycy skłonni są określać autobiografa jako „narratywistę” czy też „diachronika”, a więc kogoś, kto niejako wyprowadza wzór swojej osobowości z ogółu empirycznych danych, na które składa się jego rozciągnięte w czasie życie. Roma Sendyka, za Andrzejem Zawadzkim, łączy taką postawę z tradycją „nowożytnoeuropejskiego myślenia”, aktualizującą się „od Kartezjusza po fenomenologię Husserla”. Wiąże się z nią poczucie homologicznej jedności podmiotu piszącego autobiografię, autobiograf powiada bowiem: „wiem, kim jestem, dlatego mogę sam siebie opisać”. (Artur Hellich - Problem czasu i tożsamości w eseju autobiograficznym...) 



30 lipca 2022


29 czerwca 2026 - POST SCRIPTUM: [Be Yourselfie]


.

PostScriptum 5. Big Beat

 

„Lecz z kim mam porównać to pokolenie? Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom: "Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie zawodzili". Przyszedł bowiem Jan [Chrzciciel]: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: "Zły duch go opętał". Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije. a oni mówią: "Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników". A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny” Mt 11,16-19


Lubię myśleć o tym, że pierwszym publicznym cudem Zbawiciela, zanim zadziwił uczniów cudownym rozmnożeniem chleba w celu nakarmienia zgłodniałych słuchaczy Jego nauk, było przemienienie wody w wino, do tego w wino nie byle jakie, podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Lubię też myśleć o tym, że wesele, jak sama nazwa wskazuje, to wesołość, to radość, to zabawa, do której podtrzymania przyczynił się Jezus swoim cudem.


„Być Chlebem i Winem. Być pokarmem i radością.” - taki duchowy program postawiłam przed sobą czterdzieści lat temu, kiedy po siedmiu latach młodzieńczego buntu wracałam - jako dwudziestokilkulatka - do religii. Przedtem, zanim ostatecznie zagarnął mnie dla siebie żywy Jezus, rozważałam wejście w buddyzm [Świadectwo], i co ciekawe, nawet jeśli wyobrażałam sobie ewentualne medytowanie w pozycji kwiatu lotosu przed figurką Buddy zatopionego w medytacji w takiej samej pozycji, to jednak najbardziej przemawiały do mnie rzadziej spotykane wyobrażenia Buddy roześmianego - w tańcu, z wypiętym brzuszkiem i obiema rękami wyciągniętymi radośnie w górę [Sesja zdjęciowa]. Z kolei, kiedy jeszcze wcześniej, jako zbuntowana nastolatka, poczytywałam surowe stoickie rozważania Rzymianina Marka Aureliusza, o wiele głębiej przeżywałam jednak klimaty starożytnych Aten, starożytnej Grecji, obecne w jej mitach i literaturze. I znowu, z czasów złotego rozkwitu kultury greckiej chyba najbardziej przemawiała do mnie sylwetka Sokratesa, również ta z wizji J. Tuwima, przedstawiającej go jako myśliciela - tańczącego [Sokrates tańczący]!


*


W pełni przyjmuję zbawczą wartość Krzyża Chrystusa, ale zauważam też i doceniam inne momenty w ziemskim życiu Jezusa, takie jak udział w słynnym weselu, szerokie życie towarzyskie, udział w licznych ucztach, na które przecież nie zapraszano by ponuraka, co w żadnej mierze nie kłóciło się z wypełnianiem przez Niego najwyższej misji, jaką było głoszenie Dobrej Nowiny o Królestwie Bożym, i co nie zwolniło Go z podjęcia ostatecznej odkupieńczej Ofiary, kiedy przyszedł czas Golgoty.


To, jak rozkładamy nasze osobiste akcenty w odczytywaniu życia Jezusa, w jaki sposób Go naśladujemy we własnym życiu, zależy w dużej mierze od naszego indywidualnego temperamentu, z którym na świat przychodzimy, czyli od naszej indywidualnej natury, co uświadomiła mi pewna dawna lektura oraz zaproponowany w niej test na predyspozycję do świętości. Mój wynik wskazywał na pokrewieństwo temperamentalne z postaciami typu Sancho Pansa, Onufry Zagłoba, czy Oliver „Flap” Hardy, jeśli o postaci fikcyjne idzie, a także z dobrodusznymi świętymi pokroju Franciszka Salezy czy Jana XXIII. W grupie temperamentalnej wiscerotoników, o predyspozycji do świętości typu agapetonicznego (agape to niebiańska miłość, agape to niebiańska uczta!), zdaje się niewielu jest kanonizowanych aksamitnych świętych. No cóż [Szansa na świętość].


Sądzę, że powyższe bardzo dobrze tłumaczy – przynajmniej w moich oczach – łączenie na moim blogu tekstów poświęconych wysokiej teologii z opowiastkami typu anegdotycznego, czy notkami muzycznymi. Taki jest mój temperament, taki jest mój świat. Napisałam niedawno, że jestem z pokolenia PRL, Solidarności i Jana Pawła II [Dziesięciolatki], a teraz dodam, że jestem też z pokolenia szeroko rozumianej muzyki big-beatowej, co siłą rzeczy znajdowało odbicie na moim blogu [Chodzi mi po głowie]. Chociaż poza big-beatem słuchałam też muzyki klasycznej czy jazzu, muzyka z czasów mojej młodości zwana popularną okazała się najlepszym nośnikiem wspomnień. Dzisiaj jednak, w pierwszym dniu nowego roku, chodzi mi po głowie coś bardziej klasycznego, w bardzo żywiołowej interpretacji - w miejsce tradycyjnego noworocznego koncertu filharmoników wiedeńskich:


George Gershwin „Błękitna rapsodia” - Benjamin Grosvenor (fortepian):



01.01.2022



.

PostScriptum 4. Próżna próżnia

 

Kiedy przestało mi się chcieć oglądać telewizję, i kiedy jednym ruchem pozbyłam się ze swojego domu obu telewizorów, wtedy w powstałej wewnętrznej próżni mogłam zobaczyć, ile telewizyjnych śmieci w sobie nosiłam: w pamięci, w wyobraźni, w emocjach. Przez kilka dobrych miesięcy trwało to niezależne ode mnie oczyszczanie wnętrza z krzykliwych skrawków programów, z fragmentów migotliwych reklam, z obrazów i słów niewiele znaczących. W tym samym czasie odszedł ode mnie smak na alkohol: po prostu alkohol mnie rzucił! Działo się to ponad dwadzieścia lat temu. Palenie rzuciło mnie jeszcze wcześniej, lat temu prawie czterdzieści.


*


Telewizja odeszła, ale pojawił się w moim życiu internet, a z nim wejście w polityczne nawalanki, w których uczestniczyłam, traktując je najpierw jako przedłużenie wcześniejszych politycznych zaangażowań [Jestem pisuarem] [Elektorat w poszukiwaniu polityków] [Nie tak miało być], a potem po prostu jako internetowy sport – flame wars – co również nie pozostawało bez wpływu na to, co zaczęłam w swoim wnętrzu nosić. Zniknęły jedne wewnętrzne śmieci, raczej biernej natury, a pojawiły się inne, bardziej aktywne, do tego przeżywane w sposób agresywny, nad czym w głębi duszy boleję, ale cóż - temperament mam z natury skłonny do wchodzenia w polemiki, a do tego jeszcze świadomie założyłam prowadzenie w internetowych zwarciach czegoś w rodzaju gry z losem, polegającej na praktyce testowania swoich apriorycznych założeń właśnie w ogniu wymiany zdań czy ciosów, do tego prowadzonej do upadłego, czyli do obrony swojej racji, dodatkowo nie zawsze prowadzonej w sposób śmiertelnie poważny [Co prawda, to prawda] [Ciekawe].


Moja aktywność internetowa miała też poważniejszą stronę, związaną z prowadzeniem własnego bloga i spisywaniem na nim - głównie dzięki zachęcie ze strony czytelników - swojego życia i swoich o życiu przemyśleń. Jeden z dawnych blogerów salonu24.pl stwierdził kiedyś, że internet mi służy, a ja przyjęłam jego zdanie za dobrą monetę, jako że pochodziło z ust osoby, którą uważałam za człowieka poważnego. Ktoś innych z kolei - osoba również poważna - zachęcał mnie do archiwizowania nie tylko tekstów, ale również toczących się pod nimi rozmów czy dyskusji, co też robiłam w odniesieniu do lat 2007-2011, kiedy dyskusje pod tekstami były najbardziej treściwe. I tak dalej, i tak dalej, konsekwentnie szłam za głosem czytelników bloga, w myśl zasady – vox populi, vox Dei [Od kuchni].


*


Obecna sytuacja jest inna niż ta sprzed kilku lat. Mój pamiętnikarski blog stopniowo zamiera, przez co zaczęłam nazywać go raczej brulionem, w którym tymczasowo zamieszczam teksty, zanim ostatecznie dopracowane zarchiwizuję w całkiem innym miejscu w sieci, czekając w sumie na moment, kiedy również internet mnie rzuci, tak jak rzuciło mnie tyle innych uzależnień [Rzuciło mnie palenie]. Życie, które udało mi się przez prawie piętnaście lat blogowej aktywności tutaj spisać, zostaje coraz bardziej za mną. Wspomnienia, niezależnie od ich charakteru, już nie obciążają mojej pamięci, wyobraźni, emocji, ponieważ - zostały zamknięte na blogu.


Pamiętam, jak wiele lat temu, w czasach przed-internetowych, medytując w myślach nad różnymi aspektami swoich doświadczeń życiowych, wykrzyknęłam kiedyś zadziwiona: - Ależ ja mam ciekawe życie wewnętrzne! - Nic więc dziwnego, że w tamtym czasie głosiłam wszem i wobec, że nie boję się samotności, gdyż tak, jak nie nudziłam się będąc wśród ludzi, tak samo nigdy nie nudziłam się będąc sama ze sobą. Teraz jednak, kiedy coraz mniej czuję siebie w sobie, nie jest już tak łatwo. Przestrzenie zewnętrzne i wewnętrzne coraz bardziej pozostają poza moim zasięgiem. Pozostaje więc zagospodarowywanie pozostałego czasu prostymi zajęciami codzienności, swoista celebracja liturgii godzin.


*


Spisywanie autobiografii pomogło mi jednak spojrzeć w sposób uporządkowany wstecz na różne ścieżki, drogi i zawiłości życia, co pewnie miało również charakter terapeutyczny. Kiedy w mojej obecnej zewnętrznej i wewnętrznej próżni - nie tylko od kontaktu z ludźmi, nie tylko od wielu aktywności, nie tylko od siebie samej, ale również od dawniejszego poczucia obecności Wszechobecnego - wyraźniej mogę znowu zobaczyć pojawiające się od czasu do czasu w moim wnętrzu fruwające śmieci, czyli różne psychiczne i duchowe życiowe zaszłości, będące prostymi pochodnymi siedmiu grzechów głównych. Mając teraz lepsze spojrzenie na własne życie, lepszy tego życia ogląd, łatwiej jest mi robić z tymi śmieciami porządek, głównie poprzez coraz pełniejsze rozumienie doświadczanych wewnętrznych mechanizmów. Obok zrozumienia, dobrym lekarstwem - poza modlitwą, czyli odnoszeniem doświadczanych spraw do Pana Boga - jest też śmiech, na przykład kiedy wyśmiewam swoją wrodzoną próżność, córkę pychy, którą w próżni widać bardzo wyraźnie, niemal jak w warunkach laboratoryjnych [Rachunek sumienia]. Nie po próżnicy więc doświadczam próżni, natomiast pamięć o tym, że tam gdzie jest teraz pustka, kiedyś odczuwałam pełnię, niesie ze sobą nadzieję. Pamięć jest bowiem domeną nadziei: wiara - rozum; miłość - wola; nadzieja - pamięć. Władze duszy (rozum, wola, pamięć) wzmacniane są specjalnymi cnotami/zdolnościami udzielanymi człowiekowi przez Boga/Ducha: wiarą, miłością i nadzieją. [Milczenie w sieci]


Proszę przyjdź!


Panie -


Proszę, przyjdź!

Przyjdź jako Światło i Ogień -

Światło wiary dla mego rozumu,

Ogień miłości dla mojej woli.

Przyjdź, Panie, nie zwlekaj -

Ojcze, przyjdź w Jezusie Chrystusie

przez Ducha Świętego:

Przyjdź w Świetle i Ogniu. Amen.


kwiecień 2001


Bóg-Ojciec: to Ojcostwo zawiera w sobie Jego macierzyństwo, Jego miłość oblubieńczą, Jego przyjaźń, Jego gościnność... Ojcostwo Boga – naszą ojczyzną...


17.12.2021

 

 

.

PostScriptum 3. Być modlitwą

 

Zaglądając w głąb swojego sumienia, zastanawiam się czasami, czy ja modlę się, czy nie, i dochodzę do wniosku, że tak, chociaż szeroko pojętych pacierzy od dawna nie odmawiam. „Módl się tak, jak potrafisz, a nie tak, jak nie potrafisz” - poucza pewien benedyktyński mnich. I mówi jeszcze tak: „Im mniej się modlisz, tym gorzej to idzie” (O. John Chapman OSB „Listy o modlitwie”). Więc modlę się tak, jak potrafię, łapiąc kontakt z Panem Bogiem w locie: w życiu, w codzienności, w każdej chwili przenikniętej Jego obecnością. Często wspomagam taką modlitwę szybkim znakiem krzyża, który sprowadza mnie do pionu (ziemia-niebo), jeśli zdarzy mi się za bardzo rozleźć w kierunkach poziomych (ziemia-ziemia). Pion: to szybki wgląd w sumienie i konieczna korekta myśli, słów i czynów, a przynajmniej żal za myśli, słowa, czyny nie po Bożej myśli, a także chęć ich poprawienia, której często towarzyszy prośba o Bożą pomoc w realizacji tego postanowienia. [Od paciorka do zjednoczenia z Bogiem]


*


Jezus mówi: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem: potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” J 4,23-24. Komentarz biblijny dodaje: „Źródłem nowego życia i nowego kultu jest Duch Święty. Kult ten jest "prawdziwy", ponieważ wynika z nowego objawienia i stanowi realizację zapowiedzi ze Starego Testamentu. Nie przeczy to konieczności wyrażania tej czci na zewnątrz.”, a ja w pełni przyjmuję słowa komentarza o konieczności zewnętrznego wyrazu dla wewnętrznego kultu, szczególnie że taka właśnie była moja osobista droga powrotu do Boga, do wiary, do katolicyzmu: doświadczenie Absolutu przyprowadziło mnie w sposób dojrzały i świadomy - krok po kroku, zrozumienie po zrozumieniu, akceptacja po akceptacji - do wspólnoty Eucharystii, do wspólnoty Kościoła [Świadectwo].


Żywa wiara czy żywa teologia potrzebują kościelnej dyscypliny tak, jak wody rzeki potrzebują koryta, którym płyną. Z drugiej strony, jak nurt wody kształtuje koryto rzeki, tak samo nurt żywej wiary pokoleń kształtował i kształtuje nauczanie i tradycję Kościoła, zgodnie z obietnicą Jezusa, że to, co jego prawomocni apostolscy duszpasterze zwiążą na ziemi, będzie związane w niebie: obietnica dana Piotrowi „Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie" Mt 16,19, zostaje dalej rozszerzona na innych apostołów „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” Mt 18,18 oraz "Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał" Łk 10,16 (więcej: o. Jacek Salij OP).


*


Symbolika rzeki dającej życie często występuje w biblijnych tekstach. Słowa psalmu „Nurty rzeki rozweselają miasto Boże” Ps 46,5 łączą się z podobnymi obrazami rzek z opisu stworzenia świata „Z Edenu zaś wypływała rzeka, aby nawadniać ów ogród, i stamtąd się rozdzielała, dając początek czterem rzekom” Rdz 2,10, czy z eschatologicznej wizji Ezechiela „Następnie zaprowadził mnie z powrotem przed wejście do świątyni, a oto wypływała woda spod progu świątyni w kierunku wschodnim, ponieważ przednia strona świątyni była skierowana ku wschodowi; a woda płynęła spod prawej strony świątyni na południe od ołtarza (por. całość wizji źródła świątyni: Ez 47,1-12), a także z apokaliptycznego objawienia udzielonego apostołowi Janowi „I ukazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka” Ap 22,1.


Kiedy wspomniany wcześniej Jezus mówi, że czciciele mają oddawać Bogu cześć w Duchu i prawdzie, również posługuje się obrazem wody, będącej symbolem Ducha Świętego: „Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu” (por. całość rozmowy przy studni w Sychem: J 4,1-42). Duch Święty udzielony człowiekowi przez Jezusa Chrystusa staje się w wierzącym tryskającym źródłem wody, początkiem osobistego nurtu, w wielkim nurcie Kościoła, dającemu życie nie tylko konkretnej osobie Duchem obdarowanej, ale wypływającemu z wnętrza tej osoby dalej - w świat i przez świat, ku wieczności. Czy tak dzieje się z osobami zanurzonymi przez sakrament chrztu w Chrystusie, a przez sakrament bierzmowania obdarowanymi Duchem Świętym? Czy żywa woda tej Bożej rzeki znajduje w nich podatny grunt, który nadaje się do bycia kształtowanym przez święty nurt? Czy może żywa woda trafia na grunt martwy, który ogranicza dar żywej wiary, dar potencjalnej duchowej żyzności, jedynie do rutynowych pobożnościowych formatów i formułek, tak jakby ważna była głównie martwa forma (koryto rzeki), a nie żywa treść wiary (wody rzeki życia)? [Tak się nie robi] [Dlaczego?] [Katolickie kołki]


Serce i Wola


Niech moje serce nie będzie z kamienia.

Daj mi serce czujące -

Niech będzie sercem z Ciała.


Wola może musi być kamienna.

Daj mi wolę z kamienia -

Niech będzie jak Skała.


pierwsza połowa lat 1990-tych


12.12.2021

 

 

.

PostScriptum 2. Azylem jestem

 

Kiedy byłam młoda, twierdziłam, że nie boję się samotnej starości. Kiedy jestem stara, twierdzę, że nie wiedziałam, o czym mówiłam. Kiedy miałam lat czternaście lub piętnaście, byłam w pełni świadoma, że życie zmierza ku śmierci. Jednak kiedy w tamtym czasie wypowiadałam takie górnolotne deklaracje, jedynie teoretycznie wiedziałam, o co chodzi. Teraz, kiedy jestem stara, w słabości i pokorze przygotowuję się do praktycznej finalizacji tamtego młodzieńczego manifestu. Kiedy miałam tamtych kilkanaście lat, z jednej strony karmiłam się filozofią modnych wtedy hippisów, a z drugiej filozofią zupełnie niemodnych - stoików. Słuchałam rozpasanych Rolling Stonesów i poczytywałam ascetycznego Marka Aureliusza. Pewnie pod wpływem tego ostatniego, wygłaszałam wtedy mądrości o tym, że należy żyć tak, aby w chwili śmierci nie żałować przeżytego życia i w spokoju z tego świata odchodzić. Po czym żyłam w sposób o wiele bliższy klimatom ówczesnej niespokojnej muzyki młodzieżowego buntu, niż pełnej ładu ascetycznej myśli stoików. Klimaty bliższe filozofii tych ostatnich będą pojawiać się w moim życiu nieco później, wraz z kolejnymi nawróceniami do Boga [Wracam, ciągle wracam] [Świadectwo] [Wysłuchane modlitwy. Duch].


*


Swój sposób społecznego funkcjonowania mogłam zobaczyć jak pod mikroskopem w czasie internowania, w stanie wojennym. Podczas osadzenia w ośrodku odosobnienia pełną parą żyłam społecznie, tak jak przez całe wcześniejsze życie na wolności. Zawsze byłam wśród ludzi, z ludźmi i dla ludzi, chociażby w organizacyjnych zaangażowaniach na rzecz grup, których członkiem zdarzało mi się być [Idą krzycząc]. W zamknięciu również angażowałam się w życie tymczasowej, płynnej wspólnoty internowanych kobiet.


Kiedy po półtoramiesięcznym osadzeniu dowiedziałam się, że oto jestem zwolniona i mam zaraz spakować się i pójść sobie za bramę na wolność, podczas pożegnań jedna ze współ-internowanych powiedziała: - Wiesz, że teraz bez ciebie dziewczynom będzie trudniej? - Kiwnęłam głową, jako że nie było czasu na drążenie tematu, ale tak naprawdę nie wiedziałam, o co jej chodzi. Niczego aż tak specjalnego tam nie robiłam, poza tym że byłam prawie wszędzie, co nawet znalazło odbicie w ksywce, którą mnie tam ochrzczono: Włóczykij - z odniesieniem do jednego z bohaterów serii książek o Muminkach. Włóczykij to przyjacielski samotnik, łazęga, myśliciel, muzykant, gawędziarz - ceniący swobodę, doceniający smaki życia.


Wałęsałam się od lat po kraju [Auto! Stop!], więc co za problem powłóczyć się trochę po ośrodku dla internowanych. W czasie kiedy tam przebywałam, podczas dnia można było już swobodnie przemieszczać się między pokojami ośrodka wypoczynkowego - otoczonego drutem kolczastym i wianuszkiem uzbrojonych żołnierzy - do którego od grudnia 1981 z całego kraju zwożono kobiety uhonorowane tym wyróżnieniem [Ukochany kraj, umiłowany kraj]. Korzystałam więc z między-pokojowej swobody ruchu, bywając tu czy tam, i najczęściej wnosząc do towarzystwa pogodę ducha, poczucie humoru i dobry nastrój - zakorzenione w prostej wierze. Byłam po prostu sobą.


*


Po zwolnieniu i powrocie do domu, na fali nieuniknionych refleksji związanych z doświadczeniem internowania, zaczęłam rozumieć, o co mogło chodzić we wspomnianych słowach pożegnania. Przypomniałam też sobie inne sygnały dotyczące odbioru mojej osoby w tamtym miejscu, na przykład kiedy inna z internowanych, bardzo energiczna i wygadana, z którą w czasie całego pobytu może wymieniłam dwa słowa na krzyż, któregoś razu mijając mnie na korytarzu rzuciła w przelocie, że wystarczy kiedy chociaż raz dziennie mnie zobaczy i ma już dobry dzień.


Żadna z bliższych znajomości zawartych podczas internowania nie przetrwała, chociaż z niektórymi z koleżanek miałam okazję parę razy spotkać się prywatnie również na wolności. Jednak w świetle tego, co dane było mi poznać i zrozumieć, późniejszy brak kontaktów był oczywisty: z jakichś względów byłam potrzebna tam/wtedy, ale nie byłam już potrzebna teraz/tutaj. Moja obecność i to, co niezależnie ode mnie ze sobą niosła, przeznaczona była na tamten czas.


Powyższe doświadczenie wpisuje się również w inne podobne, kiedy różne osoby, z którymi w życiu bliżej zetknął mnie los, wyznawały, że jestem azylem, szpitalem, sanatorium czy schroniskiem, po czym w ten czy inny sposób znikały z mojego życia. Azyl, szpital, sanatorium, schronisko - to konieczna tymczasowość, a nie związek na całe życie. Azyl, szpital, sanatorium, schronisko - to nie jest dom. Widocznie taka była moja karma, mój los, moje powołanie. Być dla każdego. W każdym miejscu.


*


W miejscu, w którym mieszkam od urodzenia, mam wielu znajomych, ale nie ma tutaj nikogo, kogo mogłabym nazwać przyjacielem w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie mam też tutaj rodziny: ani własnej, ani bliskiej, ani dalekiej. Kiedy byłam młodsza i zdrowsza, zgodnie ze swoją naturą, włóczyłam się po ludziach, zarówno z własnej, jak też z ich inicjatywy. Byłam z reguły gościem pożądanym i zapraszanym. Nie raz słyszałam, że do spotkania/rozmowy - szczególnie tych kameralnych - potrafię wnieść swoją obecnością specyficzny mikroklimat. Byłam jak ślimak, wlokący wszędzie ze sobą dom, przystosowany do zamieszkania przez jedną tylko osobę.


Kiedy jestem stara i słaba, kiedy z różnych powodów nie bywam już jak dawniej wśród ludzi, kiedy nie za bardzo mogę spotykać się tu czy tam z mieszkającymi z dala ode mnie rodziną czy osobami, które mogłabym nazwać przyjaciółmi, jako że oni wszyscy też są coraz starsi, coraz bardziej obciążeni życiem, coraz mniej mobilni - siedzę sobie sama w swojej skorupce [Słowo na niedzielę], z tej samotności spisując na blogu swoje życie. Może tego opisu litera i duch przydadzą się kiedyś komuś - jak azyl, jak szpital, jak sanatorium, jak schronisko - w drodze [Words for the road].


Zaproście mnie do stołu*


Panie,

Zgadzam się na całkowitą samotność -

dla Ciebie.

Proszę tylko, daj mi w tym życiu czas i przestrzeń -

dla Ciebie.


Niech moja teraźniejszość

całkowicie zatopi się w Wieczności,

a moje życie

zjednoczy się z Życiem.


Niech JESTEM stanie się TERAZ,

a TRÓJCA niech stanie się TUTAJ.


Chcę zawsze być Twoim mieszkaniem

i proszę, bądź dla mnie na zawsze domem.


Amen.


grudzień 1999


* tytuł znanej piosenki w wykonaniu Elżbiety Wojnowskiej (tekst: Włodzimierz Szymanowicz; muzyka:Henryk Alber, rok wydania: 1974):




07.12.2021



.

PostScriptum 1. Dziesięciolatki

 

„Polska Rzeczpospolita Ludowa - ukoronowaniem tysiącletnich dziejów Narodu i Państwa Polskiego” - takie hasło można nadal wypatrzeć na mocno wyblakłym sporym malowidle wiele lat temu umieszczonym na bocznej ścianie pewnej kamienicy w pewnym pomorskim mieście. Malowidło to pochodzi z czasów, kiedy pojęcie muralu jako formy artystycznej ekspresji nie funkcjonowało w powszechnej świadomości peerelowskiego społeczeństwa, być może dlatego, że ówczesne naścienne malunki ograniczały się głównie do przypominania obywatelom o istnieniu takich monopolistów, jak PKO, CPN, Pewex, Moda Polska czy Cepelia, a które to malunki trudno było nawet nazwać reklamami, jako że wymienionym firmom żadna konkurencja nie zagrażała w kraju chronicznego deficytu towarów na rynku.


Wspomniany wyżej dość nietypowy dla tamtych czasów rocznicowy malunek pochodzi zapewne z roku wyznaczającego tysiąclecie wydarzenia określanego chrztem polskiej państwowości, w praktycznym wymiarze oznaczającego przystąpienie młodego wtedy państwa do ówczesnej europejskiej unii państw chrześcijańskich. W rocznicowym 966 – 1966 roku, kiedy w wymiarze kościelnym Polska szeroko świętowała pamiątkę religijnego Chrztu Polski, władze komunistycznego epizodu w jej dziejach nawiązywały w wymiarze świeckim wyłącznie do rocznicy początku procesu międzynarodowego uznania państwowości młodego kraju.


*


Ile razy o tym muralu myślę, tyle razy dodaję od siebie, że jeśli PRL miała być ukoronowaniem dziejów polskiego narodu i państwa, to nie mam wątpliwości, że była to korona cierniowa, co nie zmienia faktu, że Polska tamtego cierniowego czasu była moją ojczyzną, a ja jestem tamtego czasu dzieckiem, tak jak moi Rodzice, urodzeni w pierwszych latach dwudziestego wieku, byli po części dziećmi czasu rozbiorów, również cierniowych. Moi obaj Dziadkowie i obie Babcie tym bardziej wyrastali z Polski pod zaborami - rosyjskim [Po polsku, z rosyjska] i austriackim [Austriackie pisanie, austriackie śpiewanie], i jak pokolenia przed nimi doświadczyli na sobie trudnych meandrów naszych narodowych dziejów. Taki tutaj, w naszym środkowoeuropejskim nizinnym korytarzu, mamy klimat. Częste przeciągi.


Ja jestem nie tylko dzieckiem PRL-u, ale również owego PRL-u rówieśniczką. Polska w peerelowskiej odsłonie i ja urodziłyśmy się w tym samym roku, w odstępie zaledwie miesiąca. Jest więc ona mojej młodości światem, mojej młodości scenerią, do której należą zarówno ówczesne oficjalne komunistyczne realia, jak też pielęgnowane w moim domu: wewnętrzny sprzeciw wobec tych realiów oraz pamięć o trwających ponad sto lat zmaganiach o zachowanie w podzielonym zaborami społeczeństwie - narodowego ducha i chrześcijańskiej tradycji. Moja peerelowska sytuacja niczym nie różniła się od sytuacji wcześniejszych pokoleń rodaków, skazanych na przykład na życie w złudnej autonomii takich administracyjnych tworów jak Księstwo Warszawskie czy Królestwo Polskie. Taki klimat.


*


Powyższe refleksje przychodzą mi na myśl teraz, kiedy przy końcu życia patrzę na świat wokół mnie, na przykład na obecne młode pokolenie. Poprzez swój zawód mam kontakt z jego przedstawicielami, i to kontakt dobry, jako że z natury jestem kontaktowa [Poemat dydaktyczny], ale którego życie i przyszłość coraz mniej mnie obchodzą. Żyją po swojemu, kształtowani przez swój czas, i po swojemu swoją przyszłość układają. Mojej wewnętrznej izolacji od współczesnego świata sprzyja fakt, że od ponad dwudziestu lat nie korzystam z tradycyjnych mediów, na przykład - telewizji. Nie wiem więc za bardzo, czym karmiona jest i czym żyje współczesna zbiorowa wyobraźnia. Nie nadużywam też społecznościowego udzielania się w internecie. Wyjątek stanowił salon24.pl w swojej pierwszej odsłonie oraz nasza-klasa.pl - które przeszły już do historii. Ja jestem z pokolenia PRL-u, Solidarności i Jana Pawła Drugiego.


Tamte doświadczenia mnie ukształtowały: lata 1950-te: dzieciństwo [Baby boom] [Świńskie kawałki]; lata 1960-te: szkoły [Taki charakter] [Felix culpa]; lata 1970-te: studia [Nie ma nic] [Pan Nowak, albo motyw drogi w literaturze amerykańskiej]; lata 1980-te: samodzielność, praca zawodowa, powrót do religii, polski papież, polski sierpień oraz wszystko, co z tego owocnego duchowo czasu wyniknęło [Ukochany kraj, umiłowany kraj] [Lotem bliżej] [Idą krzycząc] [W cieniu]. Spoglądając wstecz widzę, że moje osobiste dzieje układają się w swoiste dziesięcioletnie pasma takich a nie innych doświadczeń, których - w odróżnieniu od peerelowskich planów dziesięcioletnich - nie układałam sobie zawczasu. Życie tak mi się ułożyło, również wtedy, kiedy jako kraj z PRL-u formalnie już wyszliśmy: lata 1990-te: własny biznes [Piękne bankructwo]; lata 2000-ne: myśl o klasztorze [Być mniszką]; lata 2010-te: spisanie swojego życia na blogu [Kiedy stąd odejdę, czyli jak umiera blog]. A lata 2020-te? Jak na razie to 3 x S: starość, słabość, samotność - tak w tej chwili życie samo mi się układa, o czym pewnie jeszcze coś napiszę, w historycznej perspektywie. Jeśli Pan Bóg będzie tego chciał.


02.12.2021

 

 

.

Świńskie kawałki – doprawione


Tak, jak doprawia się potrawy, podobnie można doprawiać – teksty. No więc doprawiłam swój tekst sprzed 6 dni. Czy tytułowe świńskie kawałki są teraz bardziej pieprzne? Bardziej słone? Pikantne? Nie, nic z tych rzeczy. Raczej bardziej treściwe. Okazało się bowiem, że tekst, który zaczął się jako żart, nagle stał się dla mnie bardzo ważny, poprzez pamięć wspomnień, które uruchomił. Już po jego opublikowaniu czytałam go i czytałam, i ubogacałam, żeby najpełniej oddawał, co noszę nie tylko w pamięci, ale też w sercu. Nie dodałam do tekstu zbyt wiele, ale uzupełniłam o kilka – jak to u mnie – długaśnych zdań opisujących scenerię tamtych wydarzeń, czyli charakteryzujących tamtą wieś.


Zabawne, że od początku pisania w salon24.pl chciałam napisać o tamtych wiejskich latach w moim życiu, ale brakowało mi klucza, albo inaczej czegoś, co nazywam „szkiełkiem”, przez które można obejrzeć dany fragment życia. Skoro nie miałam takiego ogniskującego sprawy ”szkiełka”, nie pisałam o tamtych 3 latach. Aż wreszcie „szkiełko” samo się znalazło, 6 dni temu, a stał się nim pomyślany jako żart: motyw świni w moim życiu. No cóż, jak widać, żartów nie ma. Dzięki świniom głębiej weszłam we wspomnienie tamtych dawnych lat, i sukcesywnie dodając co nieco do pierwotnego tekstu, wreszcie osiągnęłam – jak mi się wydaje – kres pichcenia [Świńskich kawałków]. Co odnotowuję, z kronikarskiej rzetelności.

 

18.10.2021

 

 

.

Świńskie kawałki


Pod kątem obecności świń w moich życiowych doświadczeniach jeszcze nie pisałam, więc pora ten brak uzupełnić. Pisać bowiem mogę o prawie wszystkim, traktując pisanie jak gimnastykę, żeby - jak nie raz już tłumaczyłam - nie zapomnieć języka w głowie. Kiedyś pisałam tutaj z kilku ważniejszych powodów, o których pewnie też kiedyś napiszę coś w rodzaju podsumowania, i nawet wiem, jak zatytułuję ten przyszły tekst, ale na razie będą świńskie kawałki, czyli: motyw świni w moim życiu.


*


Nie należę do pokolenia, które na pytanie, skąd bierze się mleko, odpowiada, że z lodówki, ewentualnie z marketu. Ja nie z tych - ja wiem, skąd w moim życiu bierze się nabiał, i wiem skąd biorą się w nim świnie. Jako dziecko żyłam zarówno blisko krów i kur, jak też świń, więc jestem zorientowana. Mając pięć albo sześć lat, potrafiłam wydoić kilka kropel ciepłego mleka. Widziałam też wtedy zaaranżowaną przez ludzi krowią randkę w ciemno, ale o ile pamiętam, były jakieś komplikacje i do niczego wtedy nie doszło między stronami spotkania. Prawdę powiedziawszy dopiero po kilku latach nabyłam świadomość, do czego wtedy nie doszło, podobnie jak po kilku latach zorientowałam się, o co chodziło, kiedy mój wiejski przyjaciel-rówieśnik proponował żebyśmy pobawili się w - tu powiem dość oględnie - „ruszanie”. Ponieważ lubiliśmy się, nie miałam nic przeciwko temu, żebyśmy stanęli naprzeciwko siebie, przez parę sekund dotykając się brzuszkami, i żeby potem w podskokach pobiec poszukać, w jakich zakamarkach kury nioski należące do jego rodziców poukrywały świeże jaja, i żeby wypić je na miejscu, na surowo, prosto ze skorupki, zamiast zanieść do domu.


Wspomnianą intymną zabawę można potraktować jako pierwszy świński kawałek opisany w tej notce. Mój kompan dziecięcych zabaw pewnie podpatrzył takie zabawy u dorosłych, tak jak ja podpatrzyłam randkę bydła rogatego. Na wsi dużo można było zobaczyć. Mieszkając na stałe w mieście na tak zwanych ziemiach odzyskanych, w latach przedszkolnych spędzałam sporo czasu na pobliskiej pomorskiej wsi, gdzie moi rodzice wynajmowali od pewnego gospodarza dwa pokoje w dużym poniemieckim domu oraz dwa sady przy tym domu. W pokojach mieszkałam z mamą przez trzy czwarte roku, podczas gdy tata zajmował się pracą etatową w mieście. W sadzie słonecznym rodzice ustawili pszczelą pasiekę, a w sadzie cienistym klatki z norkami hodowanymi na futerka, natomiast pracą przy obu zajmowała się moja bardzo dzielna mama. Ja natomiast, kiedy nie biegałam z moim sąsiadem-rówieśnikiem po wsi, albo nie wtapiałam się w życie gospodarstwa, w którym mieszkałyśmy, towarzyszyłam mamie przy jednej i drugiej hodowli.


*


Oczywiście pasieka, z perspektywą podbierania pszczołom słodkiego urobku ich pracy, była przyjemniejszym doświadczeniem niż kontakt z zamkniętymi w klatkach skocznymi norkami, które kończyły naciągnięte na wygładzone pale służące do czyszczenia ściągniętych z nich skórek, co też na własne oczy widywałam, bo trudno było „skórkowania” nie widzieć. Tak samo, jak przy innej okazji trudno było nie wiedzieć, że pewien delikatny niedzielny rosołek został ugotowany na mięsku puszystej angorki, którą potem nosiłam w formie ciepłego kołnierzyka przy zimowym płaszczyku. Rodzice pilnowali jednak, żebym nie zobaczyła momentu uśmiercania zwierząt, ale kiedy nieco podrosłam dowiedziałam się od nich, jak to odbywa się: na przykład zwierzęta futerkowe były pojedynczo rażone prądem w specjalnej małej klatce z metalową podłogą podłączoną do napięcia elektrycznego.


Zabijania norek nie widziałam, ale udało mi się podpatrzeć na wsi świniobicie. Więc wiem dobrze, skąd bierze się wieprzowina, i że nie bierze się ona z lodówki, chociaż takie myślenie o pochodzeniu świniny byłoby na pewno przyjemniejsze. Jako pięcio czy sześcioletnie dziecko widziałam wzdęcie u krowy, i przekłuwanie jej boku w celu spuszczenia gazów. Widziałam trzebienie, czyli kastrowanie kwiczących prosiąt. Widziałam, jak można sobie poradzić ze szczurem przy pomocy ostrych wideł. Widziałam tańczącego na podwórku koguta z odciętą głową, a właściwie należałoby powiedzieć, że - bez tej głowy. Jadłam też bocianie mięso, które nasz gospodarz skądś miał, żeby wytopić z niego tłuszcz, którym miała leczyć swoje obolałe nogi jego żona, nasza gospodyni. Oboje z nich zresztą bardzo lubiłam. Byli już starsi, sami prowadzili gospodarstwo, gdyż ich dorosłe i dorastające dzieci odpłynęły ze wsi do miasta.


W moim przedszkolu widziało się więc to i owo. Bardzo dobrze wspominam te trzy lata spędzone na wsi. Pamiętam poranny bieg na boso po rosie leżącej na łące za domem. Pamiętam ciepłe chrapy koni, pamiętam jak karmiłam je z ręki, pamiętam jak zapinałam na nich uprząż, i jak nimi - za zgodą gospodarza i w jego towarzystwie - powoziłam w drodze na pole. Nie pamiętam natomiast, żebym jadła tam koninę. Tę pamiętam z miasta, kupowaną w tak zwanej końskiej jatce, i pamiętam że była słodka - jak podobnie słodkie były steki z płetwy rekina jedzone wiele lat później. Z wiejskich lat pamiętam jeszcze różnicę w zapachach stajni, obory i chlewa, pamiętam zapach parnika i zapach drewutni. Pamiętam robione we wsi wino z polnych chabrów, dojrzewające w smukłych butelkach zawiązanych u góry szmatką, i w takiej formie eksponowane w maleńkim okienku maleńkiego sklepiku, jedynego we wsi, urządzonego we frontowym pomieszczeniu niedużego wiejskiego domu z czerwonej cegły. Pamiętam sekretną dziecięcą wyprawę do starego folwarku, położonego na samym początku głównej, a jednocześnie jedynej we wsi ulicy, w połowie wieku dwudziestego zajmowanego przez pegeer, i pamiętam zabawę wyszukanymi gdzieś na korytarzach rozległego budynku dawnego dworu - papierami zapełnionymi tabelami, które dawały mnie i mojemu towarzyszowi poczucie odkrycia tajemniczego skarbu. Pamiętam zbieranie na stawie obok sięgającego swoją historią piętnastego wieku kościoła - rzęsy dla kaczek; a ze zmurszałego wnętrza pni drzew nad stawem - próchna do podkurzacza do pracy przy pszczołach. Pamiętam, że kiedy wydawało mi się, iż nasze pszczoły już mnie bardzo dobrze znają, na dowód tego - przed moim wiejskim kompanem - włożyłam duży palec nogi do wejścia do ula, i pamiętam czym to się skończyło.


*


Miasto oczywiście nie dostarczało takich wrażeń, aczkolwiek pamiętam świnię trzymaną przez moich rodziców w powojennych ruinach. Kilka lat potem w pozostałościach po tym gruzowisku bawiłam się wykopanymi przez robotników ludzkimi piszczelami, dopóki nie zostałam w domu pouczona o szacunku należnym ludzkim szczątkom. I pamiętam opowiadanie, że tuż po wojnie ktoś trzymał w centrum miasta świnię na balkonie, i że ona z tego balkonu na pierwszym piętrze wypadła na bruk. Zdaje się, że śmiertelnie. Mogłabym dodać coś o miejskich odpowiednikach intymnych zabaw z moim sielskim cicerone (który wkrótce przeprowadził się z rodzicami i rodzeństwem do dalekiego dużego miasta), ale nie dodam, bo brakowało im tamtej prostoty, a nie chcę domyślać się, skąd pewne miejskie dzieci z mojego grona mogły wziąć pomysł zabawy bardzo szczególnej, nie mającej niczego wspólnego ze znaną anatomiczną ciekawością małych dzieci, a w której to zabawie reszta z nas nie widziała sensu i nie podejmowała jej. Dzisiaj rozumiem więcej z tamtych sytuacji, ale nie będę już świntuszyć opisując je, chociaż tak naprawdę, nie o świntuszenie tutaj chodziłoby, lecz o wgląd w świat ludzkiej psychiki, czasami przerażający. Po świńsku powiem więc tylko tyle na koniec: lubię wieprzowinę. Również przyrządzaną - au naturel. I czasami lubię coś napisać - au naturel. Aha, jeszcze to: ludzkich świń w swoim życiu nie zauważyłam.



Z Mamą, wtedy

Mama, znajoma, ja. Tata robi zdjęcia.


Na marginesie notki:

Wegetarianie to okrutni, bezmyślni ludzie
Wszyscy wiedzą, że marchewka krzyczy, gdy jest tarta


Vegetarians are cruel, unthinking people.
Everybody knows that a carrot screams when grated.
That a peach bleeds when torn apart.
Do you believe an orange insensitive
to thumbs gouging out its flesh?
The tomatoes spill their brains painlessly?
Potatoes, skinned alive and boiled,
the soil’s little lobsters.
Don’t tell me it doesn’t hurt
when peas are ripped from the scrotum,
the hide flayed off sprouts,
cabbage shredded, onions beheaded.

Throw in the trowel
and lay down the hoe.
Mow no more
let my people go!

Roger McGough - Vegetarians


12.10.2021


POST SCRIPTUM: [Świńskie kawałki - doprawione]



.

Do pewnej pisarki, napisało mi się (4/4)


Pisałam na jej temat w swoich tekstach parę razy: [Dziwolągi] [Pociąg do południa] [Pan Nowak, czyli motyw drogi w literaturze amerykańskiej]. Obecnie ograniczę się więc do krótkiego przypomnienia i jeszcze krótszego uzupełnienia.

*

W ostatniej z wyżej wymienionych notek nie wspomniałam co prawda o pochodzącej z mojej Georgii Carson McCullers, piszę jednak o roli klimatów amerykańskiego Południa w moim życiu. A także o roli pewnego Pana Nowaka w rodzeniu się mojej pracy magisterskiej na temat innego amerykańskiego pisarza, tak jak McCullers zaliczanego do pisarzy południowych, do którego jednak nie miałam żadnego stosunku emocjonalnego, poza uznaniem dla półtora z czterech jego powieści, które do tamtej pory wydał. Natomiast już po zakończeniu moich studiów, kiedy opublikował on piątą z kolei powieść, nabrałam do niego jeszcze większego dystansu.

Tak więc jego piątej powieści nie przeczytałam, ponieważ nie przepadam za czynnością czytania dla czytania. Jednak powieściową twórczość Carson McCullers, której sztandarowa powieść nosi tytuł „The Heart Is a Lonely Hunter” / „Serce to samotny myśliwy”, swego czasu poznałam w całości, ponieważ było mi to do życia potrzebne. Dlaczego tak było, wyjaśniają dwa wierszowane teksty, które wtedy napisało mi się, i które ostatecznie zamknęły krótki okres mojego ówczesnego wierszowania, zaprezentowany tutaj w czterech krokach: [szaro-buro] [przypadkowo] [ewidentnie egzotycznie] oraz w kroku - obecnym. Jednocześnie zaręczam, że powieści i opowiadania McCullers są od moich próbek poetyckich - o wiele lepsze.

 

For Carson


Na poszukiwanie człowieka

jeśli mi pisany

gotowam wyruszyć

przez przestrzeń i czas


Trudno jednak wędrować z wiarą

w to spotkanie

znając

biologiczne zasady poczęcia

trudno jest w sercu nieść

jego twarz

znając

rachunek prawdopodobieństwa


Matematyka mnożona przez Biologię


Ilość męskich komórek

przez

ilość żeńskich

przez

liczbę istnień ludzkich

przez czas

daje wynik

będący dowodem na

kosmiczną przypadkowość raczej

niż ład



… znając

biologiczne zasady poczęcia

… znając

rachunek prawdopodobieństwa

...


Czyżby moja samotność

była aż tak wielka?



1976



The Lonely Hunter


Idąc ścieżkami twojego życia

odnajduję ślady dróg

własnych porzuconych


A przecież nie chcę

domowi memu stawiać ołtarzy z przedmiotów

i bicia serca wyciszać pluszem foteli


na jego pierwszy znak

móc znowu wyruszyć w drogę


znów płakać


Serce. O nim mi przypomniałaś.



1976
 

 

.